Dziś nie mam prawa uskarżać się na samotność, bo sama ją wybrałam. Chciałam siedzieć sama w Sylwestra, no to siedzę.
Usłyszałam dziś od M., że unieszczęśliwiam się na własne życzenie. Nie zgadzam się z tym, bo uważam, że ona nigdy nie zrozumie pewnych rzeczy. Nie zrozumie jak to jest gdy pracuje się przez 3 lata w pracy (pracach), których się nie lubi;, pracuje się ciężko, spędza w tych pracach wiele godzin a zarabia tyle, że ledwo wystarcza "do ostatniego".
Poza tym wciąż dołują mnie sprawy P. i P. Otrząsam się z tego, ale jeszcze ciągle trochę boli.
Na domiar wszystkiego znów coś mnie "łapie".
I wiem, że jestem niewdzięczna, bo powinnam cieszyć się tym co mam, a nie ubolewać nad tym czego mi brakuje. I może nie zabrzmi to szczerze, ale naprawdę jestem wdzięczna: za Magoskę, mój najukochańszy dom; za wiernych przyjaciół; za zdrowie (w kategorii "ogólnej":P). Za to, że mimo wszystko pracę mam i jeszcze cudem nie głoduję.
Tak bardzo chciałam żyć. A jak wygląda moje życie:
praca, praca, praca (znielubiała!); pozory studiowana:P; czas dla Boga i przyjaciół (przynajmniej tutaj jakiś plus można postawić).
A tak wiele rzeczy chciałabym robić! Daruję sobie nawet wypisywanie ich, bo po co się dołować jeszcze bardziej.
Brakuje mi punktu zaczepienia, nie potrafię się Ciebie złapać Jezu.
Na koniec, nie może się obyć bez podsumowania realizacji postanowień na miniony rok.
IN 2012 I WILL:
PRAY MORE, done (patrząc na całość roku 2012:P)
TRUST MORE, done (jak wyżej:P)
STUDY MORE, yyyy....naprawdę sobie to obiecywałam? - failed
READ MORE BOOKS, myślę, że przeczytałam nie więcej, ale tyle samo, więc najgorzej nie jest
EAT HEALTHIER, failed
LOVE MYSELF MORE, failed
CARE ABOUT MY HEALTH MORE, failed
CARE LESS WHAT PEOPLE THINK, failed
CARE MORE ABOUT FRIENDS, failed
BE MORE COURAGEOUS, hmm...done?
BE MORE EASY-GOING, done
LOVE MORE! failed
Miało mi też przyświecać piękne hasło: LIVE LIKE THERE IS NO TOMORROW. Tutaj też niestety failed. 5/13 - bilans niestety ujemny. Chyba dawniej byłam idealistką.
Postanowień na 2013 na razie brak. Przeszkadza mi w tym walka wewnętrzna, którą toczę w ostatnim czasie. Jedna Sandra mówi mi, że powinnam w dalszym ciągu otwierać się na ludzi, wychodzić do nich, natomiast druga mówi, że powinnam zamknąć się w skorupie, bo co mi właściwie po takim otwieraniu się?
Za chwilę wybije północ. Happy New Year Sandra.
poniedziałek, 31 grudnia 2012
wtorek, 4 grudnia 2012
Zacznę od myśli pozytywnej: wyspałam się w swoim WYGODNYM łóżeczku:):):) Happiness is easy:)
Poza tym przemogłam się i napisałam do P. To już chyba tylko kwestia doprowadzenia tego wszystkiego "do końca". Miejmy to już za sobą.
Repertuar muzyczny na dziś:
Julia Marcell "Accordion player", "Twin heart", "The roads".
Poza tym przemogłam się i napisałam do P. To już chyba tylko kwestia doprowadzenia tego wszystkiego "do końca". Miejmy to już za sobą.
Repertuar muzyczny na dziś:
Julia Marcell "Accordion player", "Twin heart", "The roads".
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Pneumonia i inne kłopoty na P.
26 listopada, godz. 20:30, 11. dzień w szpitalu
Jestem w szpitalu od 11 dni i z każdym dniem mam większą depresję. Lekarze twierdzą, że do końca tygodnia nie wyjdę, ale ja ufam, że Pan Jezus W KOŃCU:P postawi mnie na nogi, i że mimo wszystko wyjdę przed końcem tygodnia. Trzymam się tylko dzięki miłości mamy, babci i przyjaciół, którzy poświęcają cenny czas na wizyty u mnie. Najwierniejsi trwają przy mnie dzielni.
Mama z babcią, które się martwią.
Magdy, Martuka i Wiola, które przychodzą pomimo braku czasu.
Loczek, który wspiera mnie "na odległość".
Ira, która przychodzi, żeby mnie powkurzać.
Kaja, która przynosi zupki i stara się pobić rekord świata w częstotliwości odwiedzin u mnie.
M. K., który niedługo będzie konkurował z Kają w wyżej wymienionej dyscyplinie.
Aga C. i Asia, które przychodzą na okienkach.
M. K., który pisze, dzwoni i nawet pokusił się, żeby wpaść na chwilę.
Był też P., ale o tym musiałabym napisać jakis esej (pozdrowienia dla Irenki:P). Chciał przyjść znów, ale się przeziębił. Było mi ciężko, ale chyba "się zbieram". Czas najwyższy.
Jeśli chodzi o znajomych z pracy to pierwsza odezwała się do mnie A.S:D Najwierniejsza :D Miczka przyszła :) Ale najbardziej pozytywnym zaskoczeniem okazał się M. K. Jego odwiedziny sprawiły mi ogromną radość:D:) Okazał się dobrym kolegą. No i zachwycił panie leżące ze mną na sali, które nie mogą odżałować, że jest "tylko kolegą z pracy":D P. też się dziś odezwała, rozmawiałyśmy dość neutralnie. Z pozostałych z ekipy nikt się nie odezwał. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie...Chyba wolałabym nie przekonywać się w ten sposób o prawdziwości tego przysłowia.
A w czwartek była u mnie O. S z G. i ks. Szymonem . Pomodlili się za mnie i namaścili mnie. Bardzo wzruszyło mnie to, że pamiętają o mnie.
Fizycznie czuję się już lepiej. Przestałam gorączkować, wrócił mi głos, kaszel jest wprawdzie wciąż uciążliwy, ale też już troszkę mniej. Najgorsze są noce, mam straszny problem z zasypianiem. Nigdy nie sądziłam, że noce mogą być takim koszmarem. Jezu, ufam, że w końcu to ogarniesz. Jezu, nie możesz zawieść. Poprosiłam dziś Pana Jezusa o Słowo, jakieś pocieszenie czy cokolwiek i wskazał mi jedno: uwielbienie. Czemu mnie to nie dziwi:D
27 listopada, wtorek, 14:30, 12. dzień w szpitalu
Czytam Księgę Hioba.
/Hi 1, 20/: "Dał Pan i zabrał Pan".
/Hi 2, 10/: "Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?".
/Hi 5, 19/: "On zrani, On także uleczy".
/Hi 7, 3-4/:"(...) przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: Kiedyż zaświta i wstanę? Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku". No jak w pysk strzelił.
22:22
/ Hi 7, 3-4/. Jak w pysk strzelił.
28 listopada, środa, 15:30, 13, dzień w szpitalu
Jednak noc nie była najgorsza. To dobrze, bo gdybym znów nie spała chybabym umarła. Poza tym pan ordynator dał mi dziś ogromną nadzieję, mówiąc, że jeśli wyniki zdjęć rentgenowskich będą ok, wyjdę do domu przed weekendem. Żyję już tylko tą nadzieją, i chyba umrę, jeśli będę musiała zostać tu kolejne dni. Panie Jezu, błagam, nie zawiedź! Udowodnij tym paniom, które przewidują mi dłuuugi pobyt w szpitalu, że Ty jesteś Bogiem Cudów!
20:05
Lekarze nie są zgodni co do tego, czy wypuszczać mnie do domu, czy jeszcze nie. Ordynator chętnie już by mnie wypisał, ale lekarki są nieprzekonane. Wyników zdjęć nadal nie ma. Humor mi siadł.
21:05
Dzwoniła Miczka. Rozmawiałyśmy równą godzinę. Muszę wrócić do Re zaprowadzić porządek :P Poza tym tęsknie już.
22:05
Nie wiem co się dzieje, ale boję się. Potrzebuję kogoś, kto zapewni mnie, że jestem bezpieczna.
30 listopada, 10:45, piątek, 15. dzień w szpitalu
Jeszcze tylko troszeczkę. Tylko chwilę. Już niedługo. Lekarze zdecydowali, że wypuszczą mnie w poniedziałek. 3 dni, które mi pozostały wydają się wiecznością. Wczoraj były u mnie mama z babcią, Kaja, Madzia L. i Miczka. Szalenie się ucieszyłam, zwłaszcza z wizyty tej ostatniej. A poza tym nic nowego pod słońcem: tęsknię, tęsknię, tęsknię!:(
1 grudnia, sobota, 16. dzień w szpitalu, 21:00
/Syr 2, 1-6/
***
Today, 3 grudnia, poniedziałek, 22:00
Długo wyczekiwany dzień:) Strasznie się cieszę, z powrotu do domu, do własnego łóżka:):):):):)
Wszystko byłoby absolutnie fantastycznie, gdyby nie to, że nie radzę sobie z relacją z P. i P.
Ciemność. Potrzebuję Światła.
Jestem w szpitalu od 11 dni i z każdym dniem mam większą depresję. Lekarze twierdzą, że do końca tygodnia nie wyjdę, ale ja ufam, że Pan Jezus W KOŃCU:P postawi mnie na nogi, i że mimo wszystko wyjdę przed końcem tygodnia. Trzymam się tylko dzięki miłości mamy, babci i przyjaciół, którzy poświęcają cenny czas na wizyty u mnie. Najwierniejsi trwają przy mnie dzielni.
Mama z babcią, które się martwią.
Magdy, Martuka i Wiola, które przychodzą pomimo braku czasu.
Loczek, który wspiera mnie "na odległość".
Ira, która przychodzi, żeby mnie powkurzać.
Kaja, która przynosi zupki i stara się pobić rekord świata w częstotliwości odwiedzin u mnie.
M. K., który niedługo będzie konkurował z Kają w wyżej wymienionej dyscyplinie.
Aga C. i Asia, które przychodzą na okienkach.
M. K., który pisze, dzwoni i nawet pokusił się, żeby wpaść na chwilę.
Był też P., ale o tym musiałabym napisać jakis esej (pozdrowienia dla Irenki:P). Chciał przyjść znów, ale się przeziębił. Było mi ciężko, ale chyba "się zbieram". Czas najwyższy.
Jeśli chodzi o znajomych z pracy to pierwsza odezwała się do mnie A.S:D Najwierniejsza :D Miczka przyszła :) Ale najbardziej pozytywnym zaskoczeniem okazał się M. K. Jego odwiedziny sprawiły mi ogromną radość:D:) Okazał się dobrym kolegą. No i zachwycił panie leżące ze mną na sali, które nie mogą odżałować, że jest "tylko kolegą z pracy":D P. też się dziś odezwała, rozmawiałyśmy dość neutralnie. Z pozostałych z ekipy nikt się nie odezwał. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie...Chyba wolałabym nie przekonywać się w ten sposób o prawdziwości tego przysłowia.
A w czwartek była u mnie O. S z G. i ks. Szymonem . Pomodlili się za mnie i namaścili mnie. Bardzo wzruszyło mnie to, że pamiętają o mnie.
Fizycznie czuję się już lepiej. Przestałam gorączkować, wrócił mi głos, kaszel jest wprawdzie wciąż uciążliwy, ale też już troszkę mniej. Najgorsze są noce, mam straszny problem z zasypianiem. Nigdy nie sądziłam, że noce mogą być takim koszmarem. Jezu, ufam, że w końcu to ogarniesz. Jezu, nie możesz zawieść. Poprosiłam dziś Pana Jezusa o Słowo, jakieś pocieszenie czy cokolwiek i wskazał mi jedno: uwielbienie. Czemu mnie to nie dziwi:D
27 listopada, wtorek, 14:30, 12. dzień w szpitalu
Czytam Księgę Hioba.
/Hi 1, 20/: "Dał Pan i zabrał Pan".
/Hi 2, 10/: "Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?".
/Hi 5, 19/: "On zrani, On także uleczy".
/Hi 7, 3-4/:"(...) przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: Kiedyż zaświta i wstanę? Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku". No jak w pysk strzelił.
22:22
/ Hi 7, 3-4/. Jak w pysk strzelił.
28 listopada, środa, 15:30, 13, dzień w szpitalu
Jednak noc nie była najgorsza. To dobrze, bo gdybym znów nie spała chybabym umarła. Poza tym pan ordynator dał mi dziś ogromną nadzieję, mówiąc, że jeśli wyniki zdjęć rentgenowskich będą ok, wyjdę do domu przed weekendem. Żyję już tylko tą nadzieją, i chyba umrę, jeśli będę musiała zostać tu kolejne dni. Panie Jezu, błagam, nie zawiedź! Udowodnij tym paniom, które przewidują mi dłuuugi pobyt w szpitalu, że Ty jesteś Bogiem Cudów!
20:05
Lekarze nie są zgodni co do tego, czy wypuszczać mnie do domu, czy jeszcze nie. Ordynator chętnie już by mnie wypisał, ale lekarki są nieprzekonane. Wyników zdjęć nadal nie ma. Humor mi siadł.
21:05
Dzwoniła Miczka. Rozmawiałyśmy równą godzinę. Muszę wrócić do Re zaprowadzić porządek :P Poza tym tęsknie już.
22:05
Nie wiem co się dzieje, ale boję się. Potrzebuję kogoś, kto zapewni mnie, że jestem bezpieczna.
30 listopada, 10:45, piątek, 15. dzień w szpitalu
Jeszcze tylko troszeczkę. Tylko chwilę. Już niedługo. Lekarze zdecydowali, że wypuszczą mnie w poniedziałek. 3 dni, które mi pozostały wydają się wiecznością. Wczoraj były u mnie mama z babcią, Kaja, Madzia L. i Miczka. Szalenie się ucieszyłam, zwłaszcza z wizyty tej ostatniej. A poza tym nic nowego pod słońcem: tęsknię, tęsknię, tęsknię!:(
1 grudnia, sobota, 16. dzień w szpitalu, 21:00
/Syr 2, 1-6/
***
Today, 3 grudnia, poniedziałek, 22:00
Długo wyczekiwany dzień:) Strasznie się cieszę, z powrotu do domu, do własnego łóżka:):):):):)
Wszystko byłoby absolutnie fantastycznie, gdyby nie to, że nie radzę sobie z relacją z P. i P.
Ciemność. Potrzebuję Światła.
czwartek, 15 listopada 2012
"Nic nie jest bardziej praktyczne niż znalezienie Boga, to znaczy zakochanie się w całkiem absolutny, ostateczny sposób. To, w czym się zakochałeś, co zajmuje twoją wyobraźnię, będzie mieć wpływ na wszystko inne. Będzie decydować, co wyciągnie cię rano z łóżka, co zrobisz ze swoimi wieczorami, jak spędzisz swoje weekendy, co czytasz, kogo poznasz, co złamie ci serce i co będzie cię zdumiewać radością i wdzięcznością. Zakochaj się, trwaj w miłości, a to zdecyduje o wszystkim" (Pedro Arrupe SJ).
***
Wciąż chora i niestety wcale nie dobrzeję;/
Doskwiera mi samotność pomimo, że ekipa z Magoski opiekuje się mną z wielkim zaangażowaniem (profesjonalna opieka medyczna :D). Chciałam wracać od jutra do Re, a tu znów pojawiła się gorączka.
Summertime sadness, a właściwe juz tylko sadness.
piątek, 19 października 2012
Kolejne złote myśli.
19 października
"Nie można żyć tylko na próbę, nie można umierać tylko na próbę. Nie można kochać tylko na próbę, przyjmować tylko na próbę i na czas człowieka". (JPII)
***
Lepiej, powietrze wokół mnie staje się lżejsze , aczkolwiek w pracy niestety wciąż źle.
23 października
"Niektórzy ludzie boją się marzyć, bo lenistwo podpowiada, że zmiana w życiu wymaga pracy i wysiłku, więc po co zmieniać coś, co jakoś tam działa?
Jakoś tam być może wystarcza, nie uwiera zbyt mocno, da się wytrzymać. Ale pomyśl: życie może zachwycać! Uwodzić, oczarować, urzekać, i dać ci poczucie prawdziwego spełnienia.
Nie warto spróbować?" (Beata Pawlikowska)
Nie warto spróbować?
wtorek, 16 października 2012
Zaległa notka. I kilka myśli na dobranoc.
Zaległa notka: 4 października, 21:40
Jestem już w nowym domu. Udało mi się ogarnąć rozpakowywanie
się (co było nie lada wyczynem biorąc pod uwagę ilość mojego bagażu) i błąkam
się samotnie po pustym mieszkaniu. G. wspominała, że wróci późno, a pozostałe
dziewczyny wracają dopiero w poniedziałek. Siedzę więc sama ze sobą i odczuwam
pustkę. Boję się. Tego, jak mi się będzie tutaj żyło. Tego, co mnie czeka w
najbliższej i nieco dalszej przyszłości.
Strasznie strasznie strasznie się boję.
Today: 16.10
Człowiek, który przestrzega przepisów prawa niekoniecznie jest dobrym człowiekiem. Nie wystarczy umieć żyć zgodnie z przykazaniami. Trzeba nadto stać się tak dobrym wewnętrznie, że aż się nie umie czynić zła.
/Mieczysław Łusiak SJ/
Trzeba nadto stać się tak dobrym wewnętrznie, że aż się nie umie czynić zła.
***
Ostatnie dni: zmęczenie. I znów życie zaskakuje mnie każdego dnia.
wtorek, 2 października 2012
Miłość - to zawsze ryzyko.
Miłość jest łagodna i piękna. Ale wraz z nią pojawia się lęk: lęk o przyszłość, lęk przed ryzykiem zbyt daleko idącego zaangażowania, lęk, że miłość doprowadzi do śmierci naszej tak zwanej wolności, lęk przed zranieniem, bo kochać, znaczy stawać się podatnym na zranienie. Miłość wiąże się zawsze z ryzykiem.
/Jean Vanier/
poniedziałek, 1 października 2012
To trzeba zapamiętać. Koniecznie koniecznie.
I might not be someone's first choice, but I'm a great choice.
I might not be rich, but I'm valuable.
I don't pretend to be someone I'm not, because I'm good at being me.
I might not be proud of some of those things I've done in the past, but I'm proud of who I am today.
I may not be perfect, but I don't need to be.
Take me as I am or watch me as I walk away.
Take me as I am or watch me as I walk away.
I might not be rich, but I'm valuable.
I don't pretend to be someone I'm not, because I'm good at being me.
I might not be proud of some of those things I've done in the past, but I'm proud of who I am today.
I may not be perfect, but I don't need to be.
Take me as I am or watch me as I walk away.
Take me as I am or watch me as I walk away.
sobota, 29 września 2012
Urodziny P. - RE-fleksje.
Za każdym razem, gdy utwierdza się we mnie jakieś przekonanie, bądź też pojawia się złota myśl , muszę ją zapisać.
A impreza z przyjaciółmi P. jest idealną okazją, aby uzewnętrznić kilka złotych myśli :P
Na wczorajszo-dzisiejszej imprezie utwierdziło się we mnie silne przekonanie, które pojawiło się na imprezie poprzedniej: na tego-typu-imprezach naprawdę poznaje się ludzi. Można się zawieść na kimś bądź też miło "rozczarować".
***
Miłość niewzajemna.
***
Jeżeli istnieje jakiś powód, dla którego Ty, Panie posyłasz mnie do tego miejsca, to jest on tylko jeden. Więc nie zostawiaj mnie tam samej, proszę.
***
No i oczywiście niepojęte jest to, w jak niewielkim stopniu ci ludzie mnie znają. NO NIE POJĘTE JAK NIC. Ale jeszcze bardziej zadziwia mnie to, w jak niewielkim stopniu ja mam ochotę wyprowadzać ich z błędu.
A impreza z przyjaciółmi P. jest idealną okazją, aby uzewnętrznić kilka złotych myśli :P
Na wczorajszo-dzisiejszej imprezie utwierdziło się we mnie silne przekonanie, które pojawiło się na imprezie poprzedniej: na tego-typu-imprezach naprawdę poznaje się ludzi. Można się zawieść na kimś bądź też miło "rozczarować".
***
Miłość niewzajemna.
***
Jeżeli istnieje jakiś powód, dla którego Ty, Panie posyłasz mnie do tego miejsca, to jest on tylko jeden. Więc nie zostawiaj mnie tam samej, proszę.
***
No i oczywiście niepojęte jest to, w jak niewielkim stopniu ci ludzie mnie znają. NO NIE POJĘTE JAK NIC. Ale jeszcze bardziej zadziwia mnie to, w jak niewielkim stopniu ja mam ochotę wyprowadzać ich z błędu.
poniedziałek, 3 września 2012
Poniedziałek, 3 września 2012
Dzisiaj, tak dla odmiany, będzie nieco bardziej pozytywnie:) Bo dzisiaj Sandrusia miała dobry dzień:) I to od początku do końca:)
Zacznijmy od tego, że się wyspałam:) I to tak porządnie! (I jutro też zamierzam:D)
Potem zadzwoniło Maleństwo, z pozytywną wieścią, że udało jej się załatwić dla mnie pewną niewygodną sprawę (naprawdę mniejsza tutaj o szczegóły:P).
Następnie spotkałam się z A., który sformatował i ogarnął moją pracę magisterską:)
A jeszcze później odbyło się spotkanie organizacyjne II edycji Kids Games (naprawdę strasznie się w to wkręciłam:P). Organizacja II edycji KG to okazja do tego, żeby częściej widywać się z M. (to jest jego stwierdzenie). Od jakiegoś czasu mam w sercu mieszane uczucia w stosunku do M. i do P. To wszystko klasyfikuje się póki co do kategorii "czas pokaże";D.
Zwieńczeniem dnia było sp, spotkanie z Irą & Vlado, którzy wrócili już na dłużej do Polski.
Dzisiejszy dzień jest absolutnym, ewidentnym dowodem na to, jak bardzo Pan Bóg dba o mnie poprzez ludzi, których mi daje. Często w momentach, gdy traciłam już tzw wszystko pozostawała mi tylko wiara (a tutaj wiadomo jak bywa), no i przyjaciele.
Dzisiaj, tak dla odmiany, będzie nieco bardziej pozytywnie:) Bo dzisiaj Sandrusia miała dobry dzień:) I to od początku do końca:)
Zacznijmy od tego, że się wyspałam:) I to tak porządnie! (I jutro też zamierzam:D)
Potem zadzwoniło Maleństwo, z pozytywną wieścią, że udało jej się załatwić dla mnie pewną niewygodną sprawę (naprawdę mniejsza tutaj o szczegóły:P).
Następnie spotkałam się z A., który sformatował i ogarnął moją pracę magisterską:)
A jeszcze później odbyło się spotkanie organizacyjne II edycji Kids Games (naprawdę strasznie się w to wkręciłam:P). Organizacja II edycji KG to okazja do tego, żeby częściej widywać się z M. (to jest jego stwierdzenie). Od jakiegoś czasu mam w sercu mieszane uczucia w stosunku do M. i do P. To wszystko klasyfikuje się póki co do kategorii "czas pokaże";D.
Zwieńczeniem dnia było sp, spotkanie z Irą & Vlado, którzy wrócili już na dłużej do Polski.
Dzisiejszy dzień jest absolutnym, ewidentnym dowodem na to, jak bardzo Pan Bóg dba o mnie poprzez ludzi, których mi daje. Często w momentach, gdy traciłam już tzw wszystko pozostawała mi tylko wiara (a tutaj wiadomo jak bywa), no i przyjaciele.
niedziela, 2 września 2012
Zaznaczam, że dziś piszę tego posta tylko po to, żeby wylać swoje troski.
Dziś jest 2 września.
Wrzesień. To znaczy, że został mi miesiąc na znalezienie dla siebie domu. Olejek radości z jakim wróciłam niespełna miesiąc temu z rekolekcji chyba przestaje działać a w jego miejsce pojawia się niepewność. Powinnam ufać, że Bóg da mi w ciągu tego miesiąca nowy dom. Niestety zamiast tego z każdym dniem niepokoję się coraz bardziej...Znów zastanawiam się dlaczego tak bardzo nie radzę sobie w życiu i w którym momencie popełniłam błąd...Mam wrażenie, że ostatnie 3 miesiące (podobnie jak Lanc Korona) były mi dane na chwilę. żebym odpoczęła, zregenerowała siły...Tylko że ja nie potrafię już wyobrazić sobie powrotu do poprzedniego mieszkania. Powtarzam sobie, że "nic mi nie będzie", ale nie jestem specjalnie przekonująca.
Chciałabym zamieszkać u D., miałabym przynajmniej pewność, że jestem w domu zaufanej osoby. Ale nie mogę się narzucać.
Dziś jest 2 września.
Wrzesień. To znaczy, że został mi miesiąc na znalezienie dla siebie domu. Olejek radości z jakim wróciłam niespełna miesiąc temu z rekolekcji chyba przestaje działać a w jego miejsce pojawia się niepewność. Powinnam ufać, że Bóg da mi w ciągu tego miesiąca nowy dom. Niestety zamiast tego z każdym dniem niepokoję się coraz bardziej...Znów zastanawiam się dlaczego tak bardzo nie radzę sobie w życiu i w którym momencie popełniłam błąd...Mam wrażenie, że ostatnie 3 miesiące (podobnie jak Lanc Korona) były mi dane na chwilę. żebym odpoczęła, zregenerowała siły...Tylko że ja nie potrafię już wyobrazić sobie powrotu do poprzedniego mieszkania. Powtarzam sobie, że "nic mi nie będzie", ale nie jestem specjalnie przekonująca.
Chciałabym zamieszkać u D., miałabym przynajmniej pewność, że jestem w domu zaufanej osoby. Ale nie mogę się narzucać.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Rekolekcje, Lanc Korona 3-10.08.2012
Kochani,
piszę tego posta tylko po to, żeby przekazać Wam, jak dobrze, cudownie, fantastycznie i wspaniale było mi w LancKoronie (do teraz nie jestem pewna jak to się pisze :P). Nie mówię, że było lekko, bo nie było. Dla kogoś o moich ograniczeniach, blokadach, barierach (itp itd dopiszcie sobie sami, przecież mnie znacie) każda próba wyjścia do ludzi (na dłuższą chwilę, a tydzień czasu to przecież jest dłuższa chwila) jest terapią szokową. Niemniej, pomimo kilku punktów kryzysowych te rekolekcje były warte swej ceny (nie znów takiej dużej), i poświęconego na nie czasu.
Nie będę się może rozpisywać o owocach duchowych, zresztą na nie jeszcze będzie czas:) Krótko mówiąc, tematem rekolekcji były dary duchowe. Chyba udało mi się odnowić przynajmniej trochę znajomość z Duchem Świętym i teraz oczekuję na Jego działanie w moim życiu;]
Jeśli chodzi o owoce nie-duchowe to przede wszystkim dotyczą one odpoczynku. LancKorona to mieścina (wieś), która jest typową wsią: cisza, spokój, natura...Na pierwszym spacerze poczułam, jakbym zaczęła oddychać na nowo. I to wcale nie w przenośni, ale bardzo, bardzo dosłownie. Moje płuca się "odblokowały";].
Poza tym słowem klucz a propos tego czasu jest RADOŚĆ. Odpoczywałam i fantastycznie się bawiłam. Modlitwy, Eucharystia, wspólne posiłki, zmywanie, SPACERY, obcowanie z naturą, oglądanie zachodów słońca, spędzanie czasu na zajęciach sportowo-rekreacyjnych [!], rozmowy z konkretnymi ludźmi, zarwane noce;], wszystko to dawało mi tak wiele radości!:):):)
Z okrzykiem radości wracamy na Syjon,
w korowodzie chwały, tańcu uwielbienia
http://www.youtube.com/watch?v=uN0z5gxjOsA
piszę tego posta tylko po to, żeby przekazać Wam, jak dobrze, cudownie, fantastycznie i wspaniale było mi w LancKoronie (do teraz nie jestem pewna jak to się pisze :P). Nie mówię, że było lekko, bo nie było. Dla kogoś o moich ograniczeniach, blokadach, barierach (itp itd dopiszcie sobie sami, przecież mnie znacie) każda próba wyjścia do ludzi (na dłuższą chwilę, a tydzień czasu to przecież jest dłuższa chwila) jest terapią szokową. Niemniej, pomimo kilku punktów kryzysowych te rekolekcje były warte swej ceny (nie znów takiej dużej), i poświęconego na nie czasu.
Nie będę się może rozpisywać o owocach duchowych, zresztą na nie jeszcze będzie czas:) Krótko mówiąc, tematem rekolekcji były dary duchowe. Chyba udało mi się odnowić przynajmniej trochę znajomość z Duchem Świętym i teraz oczekuję na Jego działanie w moim życiu;]
Jeśli chodzi o owoce nie-duchowe to przede wszystkim dotyczą one odpoczynku. LancKorona to mieścina (wieś), która jest typową wsią: cisza, spokój, natura...Na pierwszym spacerze poczułam, jakbym zaczęła oddychać na nowo. I to wcale nie w przenośni, ale bardzo, bardzo dosłownie. Moje płuca się "odblokowały";].
Poza tym słowem klucz a propos tego czasu jest RADOŚĆ. Odpoczywałam i fantastycznie się bawiłam. Modlitwy, Eucharystia, wspólne posiłki, zmywanie, SPACERY, obcowanie z naturą, oglądanie zachodów słońca, spędzanie czasu na zajęciach sportowo-rekreacyjnych [!], rozmowy z konkretnymi ludźmi, zarwane noce;], wszystko to dawało mi tak wiele radości!:):):)
Z okrzykiem radości wracamy na Syjon,
w korowodzie chwały, tańcu uwielbienia
http://www.youtube.com/watch?v=uN0z5gxjOsA
czwartek, 26 lipca 2012
Czas już nie tyle płynie, co przecieka przez palce. Mieszkam już u A. 2 miesiące!
Dawno nic nie pisałam, więc podsumuję znów krótko to, co się u mnie dzieje:]
Ważnym wydarzeniem ostatnich dni było wesele Ł. i I. Cieszę się razem z nimi, cieszę się ich szczęściem, i cieszę się, że spotkałam się z moją rodzinką:)
Poza tym byłam dziś na obiadku u mamusi:)
Poza tym za tydzień jedziemy na rekolekcje do Lanz Korony:)
Poza tym szukam nowego domu. (Znajdę. A jak nie to zbuduję, albo coś:P)
A jeszcze poza tym jestem dziś szczęśliwa:):):)
Na koniec jeszcze 2 piosenki na dobranoc - tym razem Hillsong:)
http://www.youtube.com/watch?v=cu-X7zw69S4
Take me to the place, where I'll see You face to face,
All I wanna do is worship You
I've found myself in You...
http://www.youtube.com/watch?v=YbGgA2lIDjc
Consume me from the inside out Lord
Dawno nic nie pisałam, więc podsumuję znów krótko to, co się u mnie dzieje:]
Ważnym wydarzeniem ostatnich dni było wesele Ł. i I. Cieszę się razem z nimi, cieszę się ich szczęściem, i cieszę się, że spotkałam się z moją rodzinką:)
Poza tym byłam dziś na obiadku u mamusi:)
Poza tym za tydzień jedziemy na rekolekcje do Lanz Korony:)
Poza tym szukam nowego domu. (Znajdę. A jak nie to zbuduję, albo coś:P)
A jeszcze poza tym jestem dziś szczęśliwa:):):)
Na koniec jeszcze 2 piosenki na dobranoc - tym razem Hillsong:)
http://www.youtube.com/watch?v=cu-X7zw69S4
Take me to the place, where I'll see You face to face,
All I wanna do is worship You
I've found myself in You...
http://www.youtube.com/watch?v=YbGgA2lIDjc
Consume me from the inside out Lord
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Dziś mijają 2 tygodnie odkąd wprowadziłam się do A. Czas więc napisać kilka słów o tym co u mnie:)
Niedawno pisałam, że każdego dnia uczę się żyć od nowa. Dziś znów mogę się podpisać pod tymi słowami.
A u mnie dużo się dzieje. Ale po kolei (a przynajmniej spróbujmy po kolei:P).
So....
Mam wrażenie, że wszystko zaczęło się od czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego. Najpierw, w wigilię Zesłania czuwaliśmy w Chorzowie, dwa dni później - w naszej parafii. Obydwie modlitwy zaliczam do kategorii przełomowych, pierwsza była przełomem w kategorii mojego życia wspólnotowego (chodzi oczywiście, o zrobienie kanapek na agapę), druga w kategorii "po prostu przełomów" (z tymi kanapkami oczywiście żartowałam :P - nie z tym, że je zrobiłam, ale z tym, że są przełomem, chociaż na swój sposób też są:P).
/Ez 37, 1-14/
Ogłosiłam zwycięstwo Pana Boga nad wszystkimi trudnymi sprawami mojego życia i...dwa dni później zostałam bez dachu nad głową ;D Oczywiście wyprowadziłam się w trybie nagłym "dobrowolnie". W zasadzie trudno mi powiedzieć, jak to się stało, ale coś we mnie pękło, jakaś czara goryczy się przelała no i opuściłam dom rodzinny, bez żadnej pewności co ze mną będzie....Przez kilka dni błąkałam się po znajomych, nocując niemal codziennie u kogo innego. Oczywiście nie widziałam w tym wtedy Bożego działania, jedyne co do mnie docierało to to, że jestem (chwilowo, ale wciąż) bezdomna. Tak szybko jak przy Zielonych Świątkach odzyskałam poczucie sensu życia, tak jeszcze szybciej je utraciłam. Analizowałam do bólu swoje życie, wszystkie decyzje, szukając punktu w którym popełniłam błąd, który zaprowadził mnie w takie bagno...
Po tygodniu dzięki dobrej woli ludzi-dobrej-woli znalazłam dom u A.:)
Jest mi tu dobrze:) Nie da się nawet porównywać tych dwóch "poziomów" życia...
I teraz już patrzę na moje move out w ten sposób, że Pan Bóg wydobył mnie z grobu do życia:):):)
Poza tym, z tego, co miało miejsce w dniach ostatnich to m. in:
Impreza pracownicza - powiem tyle, że było i fajnie, i niefajnie. Fajnie- wiadomo-fajnie było pointegrować się z ekipą. Na takich imprezach też bardzo mocno można poznać ludzi, wychodzi to, na kim możesz polegać. Niefajnie się zrobiło gdy w środku imprezy ktoś (już nie dojdziemy do tego kto i po kiego kija) zaczął DOBRZE-ZNANY-TEMAT pt. "Kościół jest be, i wszyscy księża kradną". Było mi tak bardzo przykro.Miałam wyrzuty, że nie stanęłam do walki, ale naprawdę tego typu dyskusja prowadzona przy kielonku nie doprowadziła by nas do niczego...Usprawiedliwiam się w ten sposób.
Koncert "Bądź jak Jezus" - po raz drugi (pierwszy był na wspomnianym czuwaniu) poczułam się częścią tej Bożej paczki:) Czułam się jak u siebie, i fajnie było spędzić dzień z tymi ludźmi.
Sesja.
:)
Uśmiecham się dlatego, że gdy zostałam "bez domu" chciałam rzucać czymś, kimś, w kogoś a nade wszystko sobą z mostu. I studia też chciałam rzucić, zapowiedziałam nawet, że to zrobię, jeśli nie zdam tej sesji (oczywiście nie był to szantaż w stronę Pana Boga :P). Pomimo całej tułaczki i wielkiej depresji zdałam wszystko, zostaje więc tylko (aż) seminarium do zaliczenia we wrześniu.
Tak więc podsumowując: Ostatnie dni były bardzo intensywne, o czym świadczy chociażby fakt, że dopiero dziś udało mi się wybrać na spacer po nowej okolicy.
Kolejne dni też zapowiadają się intensywnie: Olimpiada Kids-games, Bless Night, półkolonie w Pobudce no i praca w międzyczasie. Trochę się boję, czy dam ze wszystkim i we wszystkim radę...Trzeba wierzyć, że Pan Bóg to ogarnie:)
Niedawno pisałam, że każdego dnia uczę się żyć od nowa. Dziś znów mogę się podpisać pod tymi słowami.
A u mnie dużo się dzieje. Ale po kolei (a przynajmniej spróbujmy po kolei:P).
So....
Mam wrażenie, że wszystko zaczęło się od czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego. Najpierw, w wigilię Zesłania czuwaliśmy w Chorzowie, dwa dni później - w naszej parafii. Obydwie modlitwy zaliczam do kategorii przełomowych, pierwsza była przełomem w kategorii mojego życia wspólnotowego (chodzi oczywiście, o zrobienie kanapek na agapę), druga w kategorii "po prostu przełomów" (z tymi kanapkami oczywiście żartowałam :P - nie z tym, że je zrobiłam, ale z tym, że są przełomem, chociaż na swój sposób też są:P).
/Ez 37, 1-14/
Ogłosiłam zwycięstwo Pana Boga nad wszystkimi trudnymi sprawami mojego życia i...dwa dni później zostałam bez dachu nad głową ;D Oczywiście wyprowadziłam się w trybie nagłym "dobrowolnie". W zasadzie trudno mi powiedzieć, jak to się stało, ale coś we mnie pękło, jakaś czara goryczy się przelała no i opuściłam dom rodzinny, bez żadnej pewności co ze mną będzie....Przez kilka dni błąkałam się po znajomych, nocując niemal codziennie u kogo innego. Oczywiście nie widziałam w tym wtedy Bożego działania, jedyne co do mnie docierało to to, że jestem (chwilowo, ale wciąż) bezdomna. Tak szybko jak przy Zielonych Świątkach odzyskałam poczucie sensu życia, tak jeszcze szybciej je utraciłam. Analizowałam do bólu swoje życie, wszystkie decyzje, szukając punktu w którym popełniłam błąd, który zaprowadził mnie w takie bagno...
Po tygodniu dzięki dobrej woli ludzi-dobrej-woli znalazłam dom u A.:)
Jest mi tu dobrze:) Nie da się nawet porównywać tych dwóch "poziomów" życia...
I teraz już patrzę na moje move out w ten sposób, że Pan Bóg wydobył mnie z grobu do życia:):):)
Poza tym, z tego, co miało miejsce w dniach ostatnich to m. in:
- impreza pracownicza
- koncert "Bądź jak Jezus"
- seeeesssjaaa
Impreza pracownicza - powiem tyle, że było i fajnie, i niefajnie. Fajnie- wiadomo-fajnie było pointegrować się z ekipą. Na takich imprezach też bardzo mocno można poznać ludzi, wychodzi to, na kim możesz polegać. Niefajnie się zrobiło gdy w środku imprezy ktoś (już nie dojdziemy do tego kto i po kiego kija) zaczął DOBRZE-ZNANY-TEMAT pt. "Kościół jest be, i wszyscy księża kradną". Było mi tak bardzo przykro.Miałam wyrzuty, że nie stanęłam do walki, ale naprawdę tego typu dyskusja prowadzona przy kielonku nie doprowadziła by nas do niczego...Usprawiedliwiam się w ten sposób.
Koncert "Bądź jak Jezus" - po raz drugi (pierwszy był na wspomnianym czuwaniu) poczułam się częścią tej Bożej paczki:) Czułam się jak u siebie, i fajnie było spędzić dzień z tymi ludźmi.
Sesja.
:)
Uśmiecham się dlatego, że gdy zostałam "bez domu" chciałam rzucać czymś, kimś, w kogoś a nade wszystko sobą z mostu. I studia też chciałam rzucić, zapowiedziałam nawet, że to zrobię, jeśli nie zdam tej sesji (oczywiście nie był to szantaż w stronę Pana Boga :P). Pomimo całej tułaczki i wielkiej depresji zdałam wszystko, zostaje więc tylko (aż) seminarium do zaliczenia we wrześniu.
Tak więc podsumowując: Ostatnie dni były bardzo intensywne, o czym świadczy chociażby fakt, że dopiero dziś udało mi się wybrać na spacer po nowej okolicy.
Kolejne dni też zapowiadają się intensywnie: Olimpiada Kids-games, Bless Night, półkolonie w Pobudce no i praca w międzyczasie. Trochę się boję, czy dam ze wszystkim i we wszystkim radę...Trzeba wierzyć, że Pan Bóg to ogarnie:)
piątek, 25 maja 2012
czwartek, 17 maja 2012
Optymistycznie i kolorowo, czyli spełnione marzenie Sandry:]
Dzisiaj tak dla odmiany będzie mniej lirycznie i poetycko, za to bardziej optymistycznie i kolorowo:)
Dzisiaj Pan Bóg bardzo miło mnie zaskoczył:) W ogóle jak tak patrzę wstecz (celowo nie chcę tu użyć słówka retrospekcja, gdyż za bardzo kojarzy mi się ono z dzisiejszym nie do końca pomyślnym kolosem z kształcenia literackiego) to widzę, że Pan Bóg prędzej czy później spełnia wiele moich próśb, zachcianek, cichych marzeń (tych drobnych, a nawet tych nieco większych). Powinnam tutaj podać teraz konkretny tego przykład, ale nie podam, gdyż są to zachcianki "dziwne" i osobiste, poza tym część z nich jest na etapie "spełniania się" (są to procesy, które daj Boże zakończą się pomyślnie). Musicie mi więc uwierzyć na słowo i tyle:) I myślę, że jeszcze do tego tematu wrócę. Chwała Panu :):):)
Dzisiaj Pan Bóg bardzo miło mnie zaskoczył:) W ogóle jak tak patrzę wstecz (celowo nie chcę tu użyć słówka retrospekcja, gdyż za bardzo kojarzy mi się ono z dzisiejszym nie do końca pomyślnym kolosem z kształcenia literackiego) to widzę, że Pan Bóg prędzej czy później spełnia wiele moich próśb, zachcianek, cichych marzeń (tych drobnych, a nawet tych nieco większych). Powinnam tutaj podać teraz konkretny tego przykład, ale nie podam, gdyż są to zachcianki "dziwne" i osobiste, poza tym część z nich jest na etapie "spełniania się" (są to procesy, które daj Boże zakończą się pomyślnie). Musicie mi więc uwierzyć na słowo i tyle:) I myślę, że jeszcze do tego tematu wrócę. Chwała Panu :):):)
środa, 16 maja 2012
wtorek, 15 maja 2012
Wybacz im, Panie
Wybacz im Panie
że przez nich staję się
rozpaczą
zwątpieniem
krzykiem
lękiem
pustką
nicością
otchłanią
samotnością
niegojącą się raną
niewysychającą łzą
Wybacz tym
którzy bezradnie rozkładają ręce
patrzą z litością lub w ogóle nie patrzą
odwracają wzrok
zatykają uszy
Wybacz nawet wtedy gdy ja nie wybaczam
Wybacz,
choć dobrze wiedzą co czynią
Zastrzegam sobie prawa autorskie.
Wybacz im Panie
że przez nich staję się
rozpaczą
zwątpieniem
krzykiem
lękiem
pustką
nicością
otchłanią
samotnością
niegojącą się raną
niewysychającą łzą
Wybacz tym
którzy bezradnie rozkładają ręce
patrzą z litością lub w ogóle nie patrzą
odwracają wzrok
zatykają uszy
Wybacz nawet wtedy gdy ja nie wybaczam
Wybacz,
choć dobrze wiedzą co czynią
Zastrzegam sobie prawa autorskie.
poniedziałek, 14 maja 2012
na lewej ręce szrama
na prawej dwa siniaki
ot, błahostki
przy takiej pracy jak ta każdemu zdarzają się zadrapania
rana na lewej nodze
to już wytłumaczyć trudniej
ale przecież wcale tłumaczyć nie trzeba
gdy nikt nie pyta
na twarzy ślady wieczornych łez
może do rana opuchlizna zniknie
trzeba będzie wstać wcześniej
zrobić makijaż
oblubienica ma być podobna do swego Oblubieńca
tylko co z tymi ranami, które nie zbawiają?
Zastrzegam sobie prawa autorskie do tego tekstu.
na prawej dwa siniaki
ot, błahostki
przy takiej pracy jak ta każdemu zdarzają się zadrapania
rana na lewej nodze
to już wytłumaczyć trudniej
ale przecież wcale tłumaczyć nie trzeba
gdy nikt nie pyta
na twarzy ślady wieczornych łez
może do rana opuchlizna zniknie
trzeba będzie wstać wcześniej
zrobić makijaż
oblubienica ma być podobna do swego Oblubieńca
tylko co z tymi ranami, które nie zbawiają?
Zastrzegam sobie prawa autorskie do tego tekstu.
sobota, 12 maja 2012
Dwie wiadomości.
Notka ze wczoraj (tzn. z piątku 11.05)
Dziś będą 2 wiadomości: dobra i mniej dobra. Zacznę od dobrej: dziś obyły się ostatnie zajęcia z języka angielskiego ze moim "ULUBIONYM" mgr Szpanerskim. Finally:) I pierwsza piątka w indeksie (a właściwie na karcie zaliczeń, bo indeksu nie miałam). Co to oznacza? Jeszcze tylko raz spotkam się ze Szpanerskim (jadąc po wpis do indeksu) i więcej (daj Boże) oglądać go nie będę. Wszystko dobre co się kończy :)
Betty bought some butter, but the butter Betty bought was bitter, so Betty bought some better butter and the better butter Betty bought was better than the bitter butter Betty bought before.
Druga wiadomość: Kolega z Rezerwatu awansował na męskiego deko na inny salon. Zamiast świętować chodził "jak struty", a gdy próbowałam go nieporadnie rozbawić powiedział: "Bo widzisz Sz., ja się przywiązuję do ludzi". Ja też się przywiązałam i za nic w świecie, nie umiem sobie wyobrazić Rezerwatu bez Tego Kolegi :(
Dziś będą 2 wiadomości: dobra i mniej dobra. Zacznę od dobrej: dziś obyły się ostatnie zajęcia z języka angielskiego ze moim "ULUBIONYM" mgr Szpanerskim. Finally:) I pierwsza piątka w indeksie (a właściwie na karcie zaliczeń, bo indeksu nie miałam). Co to oznacza? Jeszcze tylko raz spotkam się ze Szpanerskim (jadąc po wpis do indeksu) i więcej (daj Boże) oglądać go nie będę. Wszystko dobre co się kończy :)
Betty bought some butter, but the butter Betty bought was bitter, so Betty bought some better butter and the better butter Betty bought was better than the bitter butter Betty bought before.
Druga wiadomość: Kolega z Rezerwatu awansował na męskiego deko na inny salon. Zamiast świętować chodził "jak struty", a gdy próbowałam go nieporadnie rozbawić powiedział: "Bo widzisz Sz., ja się przywiązuję do ludzi". Ja też się przywiązałam i za nic w świecie, nie umiem sobie wyobrazić Rezerwatu bez Tego Kolegi :(
czwartek, 10 maja 2012
Co autor miał na myśli.
kto mi związał ręce
stawiam znaki na drodze
ten oznacza ptaka
ten niebo
ten oznacza ptaka
bez nieba
bez skrzydeł
bez oka
to nie są ręce złożone do lotu
(Tadeusz Różewicz, Kto mi związał ręce)
Nigdy nie czytałam Różewicza, nie licząc tych kilku utworów analizowanych na lekcji języka polskiego w liceum ( w kategoriach: "co autor miał na myśli"). Z "Kto mi związał ręce" spotkałam się ostatnio na zajęciach z Kształcenia literackiego w edukacji wczesnoszkolnej. Prowadząca zajęcia przedstawiła nam ten wiersz pomijając pierwszy wers i poprosiła, żeby każdy, zinterpretował go dla siebie. Odruchowo nastawiłam się na tok analizy co-autor-miał-na-myśli, ale jakoś nie bardzo potrafiłam wczuć się w autora. Zaczęłam więc analizować tekst bardzo powoli, słooowoooo pooo słooowieee i w końcu odczytałam go mniej więcej tak: Osoba mówiąca pokazuje coś i wyjaśnia drugiej osobie (ten znak oznacza ptaka, ten oznacza niebo). Ucząc drugą osobę co dla niego oznaczają te znaki wpuszcza ją do swojego świata. Niestety druga osoba nie rozumie znaków, a przynajmniej nie wszystkich - "to nie są ręce wzniesione do lotu". Może nie była to interpretacja na miarę geniuszu, ale tyle właśnie "wykminiłam" na te pięć minut, które na to miałam na zajęcia.
Po co o tym piszę? Dziś naszła mnie krótka refleksja nt. tego wiersza. Są osoby, które nas ciągną ku górze, "dodają nam skrzydeł", są też takie, które zrobią wszystko by nam ręce związać. Kto wiąże moje ręce? Odpowiedź jest aż nazbyt oczywista. Na szczęście są też i Ci, którzy dodają skrzydeł :) Na których widok gęba sama się śmieje i gdybym miała ogon, to zapewne czasem bym nim merdała). Którym jestem niesamowicie wdzięczna, za to, że mają czas, żeby mnie przygarnąć pod swój dach i mają siłę, żeby powtarzać mi do skutku (nie do znudzenia!), że muszę się ogarnąć. A muszę koniecznie:D Zrobiłam sobie dziś nawet priorytetową listę rzeczy, które muszę w sobie ogarnąć. Lista jest private, więc nie zamieszczam:) Myślę, że to chyba tyle na dziś.
Shrubratri:):):)
stawiam znaki na drodze
ten oznacza ptaka
ten niebo
ten oznacza ptaka
bez nieba
bez skrzydeł
bez oka
to nie są ręce złożone do lotu
(Tadeusz Różewicz, Kto mi związał ręce)
Nigdy nie czytałam Różewicza, nie licząc tych kilku utworów analizowanych na lekcji języka polskiego w liceum ( w kategoriach: "co autor miał na myśli"). Z "Kto mi związał ręce" spotkałam się ostatnio na zajęciach z Kształcenia literackiego w edukacji wczesnoszkolnej. Prowadząca zajęcia przedstawiła nam ten wiersz pomijając pierwszy wers i poprosiła, żeby każdy, zinterpretował go dla siebie. Odruchowo nastawiłam się na tok analizy co-autor-miał-na-myśli, ale jakoś nie bardzo potrafiłam wczuć się w autora. Zaczęłam więc analizować tekst bardzo powoli, słooowoooo pooo słooowieee i w końcu odczytałam go mniej więcej tak: Osoba mówiąca pokazuje coś i wyjaśnia drugiej osobie (ten znak oznacza ptaka, ten oznacza niebo). Ucząc drugą osobę co dla niego oznaczają te znaki wpuszcza ją do swojego świata. Niestety druga osoba nie rozumie znaków, a przynajmniej nie wszystkich - "to nie są ręce wzniesione do lotu". Może nie była to interpretacja na miarę geniuszu, ale tyle właśnie "wykminiłam" na te pięć minut, które na to miałam na zajęcia.
Po co o tym piszę? Dziś naszła mnie krótka refleksja nt. tego wiersza. Są osoby, które nas ciągną ku górze, "dodają nam skrzydeł", są też takie, które zrobią wszystko by nam ręce związać. Kto wiąże moje ręce? Odpowiedź jest aż nazbyt oczywista. Na szczęście są też i Ci, którzy dodają skrzydeł :) Na których widok gęba sama się śmieje i gdybym miała ogon, to zapewne czasem bym nim merdała). Którym jestem niesamowicie wdzięczna, za to, że mają czas, żeby mnie przygarnąć pod swój dach i mają siłę, żeby powtarzać mi do skutku (nie do znudzenia!), że muszę się ogarnąć. A muszę koniecznie:D Zrobiłam sobie dziś nawet priorytetową listę rzeczy, które muszę w sobie ogarnąć. Lista jest private, więc nie zamieszczam:) Myślę, że to chyba tyle na dziś.
Shrubratri:):):)
poniedziałek, 7 maja 2012
Oswajanie.
"- Co to znaczy "oswoić"?
- (...) To znaczy "stwarzać więzy".
(...) Poznaje się tylko to, co się oswaja.
(...) Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę."
/ Antoine de Saint-Exupery, Mały książę/
Chyba mam problem z oswajaniem ludzi. I z byciem oswajaną. Mechanizm reakcji obronnych mocno dał się we znaki. jak już wspominałam boję się, że ludzie mnie skrzywdzą. Ale jest coś, czego boję się jeszcze bardziej: boję się, że stracę kogoś ważnego.
- (...) To znaczy "stwarzać więzy".
(...) Poznaje się tylko to, co się oswaja.
(...) Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę."
/ Antoine de Saint-Exupery, Mały książę/
Chyba mam problem z oswajaniem ludzi. I z byciem oswajaną. Mechanizm reakcji obronnych mocno dał się we znaki. jak już wspominałam boję się, że ludzie mnie skrzywdzą. Ale jest coś, czego boję się jeszcze bardziej: boję się, że stracę kogoś ważnego.
czwartek, 3 maja 2012
piątek, 27 kwietnia 2012
Chaotycznych myśli kilka.
Myśl pierwsza: Już za kilka godzin Ulubieńcy i Ulubienice przyjmą Sakrament Bierzmowania. Wszystko dobre co się kończy ;D Oczywiście żartuję w ostatnim zdaniu, bo moje Ulubienice były zdecydowanie z kategorii "nie taki diabeł straszny ":) Nie żałuję, że dla świętego spokoju wzięłam tą grupę, a nawet...cieszę się:) Będę się mocno modlić, żeby Dziewczynki odnalazły swoje miejsce przy Panu Jezusie, jeśli nie dziś, to może jutro, za tydzień, miesiąc, rok...
Myśl druga: nie umiem sobie znaleźć miejsca. "Myślobranie nie w tym stanie", jak śpiewa Julia Marcell w uzależniającej piosence "Echo";P
Znów powracają te same motywy.
http://www.youtube.com/watch?v=X6n2PsgPGYA&feature=related
Myśl druga: nie umiem sobie znaleźć miejsca. "Myślobranie nie w tym stanie", jak śpiewa Julia Marcell w uzależniającej piosence "Echo";P
Znów powracają te same motywy.
http://www.youtube.com/watch?v=X6n2PsgPGYA&feature=related
czwartek, 19 kwietnia 2012
Badania, badania i po badaniach, czyli badania Rybnik-Rogoźnik-Bogucice zakończone.
Dziś w końcu zakończyłam badania Rybnik-Rogoźnik-Bogucice, których to zakończenie świętowałam już w czasie minionych Świąt Wielkanocnych:P Kto wie o czym mówię, ten wie, a dla całej reszty świata tłumaczę krótko, że badania te miały w pierwszej wersji trwać do 15 marca, a w ostatecznej wersji trwają do 27 kwietnia (!) W tym miejscu muszę podziękować tym, którzy wspierali mnie przez te ostatnie 1,5 miesiąca, które było trudnym czasem. Instalacje aplikacji, podróże, protokoły, wysyłanie plików... Kto był ze mną ten wie, o czym mówię. Dziękuję:) Nie wiem, jak bym przebrnęła przez to bez Was:) I oczywiście Chwała Panu, że te badania (szczęśliwie?) się zakończyły (gdy przedłużyli je po raz trzeci zwątpiłam w to czy ich koniec kiedykolwiek nastąpi). Ale nastąpił! Wszystko dobre co się kończy.:):):)(:
niedziela, 15 kwietnia 2012
Rozmyślania noce, autobusowe i każualowe.
Czuję się ostatnio jakby siedziała we mnie mała Sanderka. Przejawia się to między innymi tym, że bardzo, ale to bardzo boję się zbliżyć do ludzi, bo po prostu, najzwyczajniej w świecie, nie wiem komu mogę ufać. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy do kogoś się zbliżam. Kiedy się otwieram to włącza mi się taki czujnik, który sygnalizuje: Stop. Ani kroku dalej. Nie podchodź, bo on/ona cię skrzywdzi. Nie mów zbyt wiele o sobie, bo on/ona to wykorzysta przeciwko tobie. I wtedy mała Sandra radzi dużej Sandrze, żeby ta się wycofała. Oczywiście, że to jest "normalne", że ludzie chcący bądź niechcący się ranią. I Sandra wie o tym, i nie chodzi jej o to, żeby nikt jej nigdy nie zranił (wie, że to jest nierealne marzenie). Raczej chodzi o to, żeby mała Sandra nie przejmowała kontroli nad dużą Sandrą.
Innym problemem z kategorii "Sandra i jej relacje" są właśnie...jej relacje. Za każdym razem kiedy mam wrażenie, że jestem już dość uspołeczniona okazuje się, że tak naprawdę było to wrażenie. Chyba wciąż pozostaję niedostępna i odstająca od grupy, bez względu na to czy są to znajomi z pracy czy znajomi z kółka oazowego. I nawet jeśli ja ich lubię i oni mnie też to pozostaje poczucie bycia "Inną". I to nie jest fajne poczucie. Co jest ze mną nie tak, ja się pytam?
Na koniec MUSZĘ zamieścić WIADOMOSĆ DNIA: zainstalowałam samodzielnie nową aplikację na tablecie i zajęło mi to 15 MINUT:] Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że instalacja wcześniejszej aplikacji zajęła mi 4 GODZINY i kosztowała mnie wiele łez i wiele potu. Wyobraźcie sobie zatem, jak bardzo byłam zaskoczona gdy tym razem wszystko zajęło mi 15 minut:):):)
Innym problemem z kategorii "Sandra i jej relacje" są właśnie...jej relacje. Za każdym razem kiedy mam wrażenie, że jestem już dość uspołeczniona okazuje się, że tak naprawdę było to wrażenie. Chyba wciąż pozostaję niedostępna i odstająca od grupy, bez względu na to czy są to znajomi z pracy czy znajomi z kółka oazowego. I nawet jeśli ja ich lubię i oni mnie też to pozostaje poczucie bycia "Inną". I to nie jest fajne poczucie. Co jest ze mną nie tak, ja się pytam?
Na koniec MUSZĘ zamieścić WIADOMOSĆ DNIA: zainstalowałam samodzielnie nową aplikację na tablecie i zajęło mi to 15 MINUT:] Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że instalacja wcześniejszej aplikacji zajęła mi 4 GODZINY i kosztowała mnie wiele łez i wiele potu. Wyobraźcie sobie zatem, jak bardzo byłam zaskoczona gdy tym razem wszystko zajęło mi 15 minut:):):)
środa, 11 kwietnia 2012
Pozwolę sobie zacytować pewną wypowiedź:
"Wiesz, że Cię kocham
"Wiesz, że Cię kocham
I nie jesteś świadkiem Jehowy
Ani inkwizycją
ani ku klux klan
ani reniferem
ani musztardą".
I to jest właśnie to, co mnie trzyma przy życiu. Miłość ludzi, którzy stoją za mną murem.
A idea drugiego policzka? Tutaj nie chodzi o sam policzek. Chodzi o to, żeby iść o krok dalej. Żeby pozostać niezłomnym, bo w tym tkwi tak naprawę nasza siła. I to jest jedyny sposób na zwycięstwo.
I baardzo nie lubię, gdy mi ktoś mówi, że mam z siebie nie robić Chrystusa. Bo właśnie o to chodzi, żeby się do Niego upodobnić. "Abyście byli świętymi, tak jak Święty jest wasz Ojciec w niebie".
Pewna mądra koleżanka mówi zawsze; "Nie porównuj się. Jeśli się chcesz porównywać to tylko do Chrystusa." I ma oczywiście rację. ABSOLUTNĄ:)
A teraz: schrubratri:))
I to jest właśnie to, co mnie trzyma przy życiu. Miłość ludzi, którzy stoją za mną murem.
A idea drugiego policzka? Tutaj nie chodzi o sam policzek. Chodzi o to, żeby iść o krok dalej. Żeby pozostać niezłomnym, bo w tym tkwi tak naprawę nasza siła. I to jest jedyny sposób na zwycięstwo.
I baardzo nie lubię, gdy mi ktoś mówi, że mam z siebie nie robić Chrystusa. Bo właśnie o to chodzi, żeby się do Niego upodobnić. "Abyście byli świętymi, tak jak Święty jest wasz Ojciec w niebie".
Pewna mądra koleżanka mówi zawsze; "Nie porównuj się. Jeśli się chcesz porównywać to tylko do Chrystusa." I ma oczywiście rację. ABSOLUTNĄ:)
A teraz: schrubratri:))
piątek, 6 kwietnia 2012
Wielki Piątek.
'Oblubienica musi być podobna do swego Oblubieńca" (z dzienniczka św. Faustyny)
*****
Dziś Miłość zwyciężyła. Miłość ponad wszystko.
środa, 4 kwietnia 2012
czwartek, 22 marca 2012
Przełom:)
Pan Bóg dokonuje rzeczy niemożliwych. I dziś też takiej dokonał:):):)
Otóż: porozmawiałam dzisiaj z M. I wyobraźcie sobie, że była to "rozmowa normalna, z tematem"(nie o przysłowiowej d*** Maryny) :D. "Normalna rozmowa" z nim była dla mnie do tej pory na pograniczu cudu. Bynajmniej nie dlatego, że jesteśmy skłóceni, że jestem w nim zakochana...nic z tych rzeczy. Po prostu mam (miałam?) włączoną na niego potworną barierę psychiczną. I niesamowite jest to, że stoimy już od wielu, wielu lat obok siebie w tym kościele a po wyjściu na zewnątrz zapadała między nami PUSTKA. Irytująca pustka. Ale, jak już wspominałam dziś nastąpił jakiś przełom, zobaczymy co z tego wyniknie dalej, ale póki co JEST RADOŚĆ, jest wielka, wielka radość :) Chwała Panu! :)
Otóż: porozmawiałam dzisiaj z M. I wyobraźcie sobie, że była to "rozmowa normalna, z tematem"(nie o przysłowiowej d*** Maryny) :D. "Normalna rozmowa" z nim była dla mnie do tej pory na pograniczu cudu. Bynajmniej nie dlatego, że jesteśmy skłóceni, że jestem w nim zakochana...nic z tych rzeczy. Po prostu mam (miałam?) włączoną na niego potworną barierę psychiczną. I niesamowite jest to, że stoimy już od wielu, wielu lat obok siebie w tym kościele a po wyjściu na zewnątrz zapadała między nami PUSTKA. Irytująca pustka. Ale, jak już wspominałam dziś nastąpił jakiś przełom, zobaczymy co z tego wyniknie dalej, ale póki co JEST RADOŚĆ, jest wielka, wielka radość :) Chwała Panu! :)
wtorek, 13 marca 2012
Dziś będą dwie bajki. Pierwsza - o szklanym człowieku.
Krupska B., Szklany człowiek.
Bardzo dawno temu, kiedy góry były jeszcze płaskie jak muchomory, szedł sobie na przełaj przez świat Szklany Człowiek. Szklany Człowiek był bardzo duży, bardzo dobry i bardzo mądry. Był taki duży, że czasami strącał z nieba jakąś gwiazdę i bardzo się wtedy wstydził. Był taki dobry, że każdego kogo spotkał, traktował jednakowo i każdemu patrzył prosto w oczy. A taki był mądry, że wiedział wszystko, ale nigdy nie powiedział: "Ja wiem". Zawsze mówił: "Myślę, że tak jest, chociaż na pewno wiedzieć nie mogę".
Wędrował Szklany Człowiek na przełaj przez świat, a czasami schodził pod ziemię. Chciał zobaczyć, jak tam jest i chciał również porozmawiać z kretami. Uważał, że krety są bardzo mądre. Trzeba być mądrym, żeby zgodzić się na życie w ciemności. Gdy szedł po ziemi i strącał gwiazdy, gdy szedł i cicho rozbrzmiewał przezroczystą muzyką, ludzie rzucali w niego patykami. Albo kamieniami. Rzucali dlatego, że Szklany Człowiek był taki dobry i mądry, i taki szklany. Ale Szklany Człowiek szedł dalej, tylko czasami strącił gwiazdę i bardzo się tego wstydził.
Ale pewnego dnia, nieszczęsnego, smutnego dnia, ktoś rzucił w niego złym słowem, czarnym i ciężkim. I wtedy stało się nieszczęście. Szklany Człowiek zadźwięczał tak głośno, że gwiazdy się wystraszyły i pochowały w mysich norach, a potem pękł i rozsypał się na miliony, maleńkich okruchów szkła.
Ale poczekajcie. To jeszcze nie koniec bajki. Teraz zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Ludzie nie mieli w kogo rzucać patykami i zaczęli się nudzić. Krety zgłupiały zupełnie, bo nie miały z kim mądrze rozmawiać i zaczęły wychodzić na powierzchnię ziemi, tworząc kretowiska. Tak, tak. Kretowiska pojawiły się na łąkach dopiero wtedy, gdy krety przestały być mądre. A maleńkie okruchy szkła rozsypały się po całym świecie i zaczęły krążyć bezładnie, to tu, to tam. Były zupełnie bezradne i zagubione, bo nie rozumiały, skąd się wzięły, a już na pewno nie mogły wiedzieć, że są cząstką Szklanego Człowieka.
Czasami, bardzo rzadko co prawda, takie dwa okruszki przypadkowo się spotykają. Przytulają się wtedy do siebie i jest im bardzo, bardzo dobrze. Ale nie jest im dobrze cały czas. Zapytacie pewnie dlaczego. Dlatego, że najczęściej spotykają się dwa różne okruszki. Na przykład okruszek ramienia i okruszek palca. Wtedy zaczyna się smutek. Bo okruszek palca nie wie nic o istnieniu ramienia, a okruszek ramienia nie wie nic
o istnieniu palca. I jest im razem dobrze, ale czują, że każdy z nich jest inny i nie raz aż chce im się płakać.
Czasami spotykają się dwa okruszki jednakowe, na przykład okruszki nosa. O, wtedy to już prawie zupełnie dobrze. Są podobne, dobrze się ze sobą czują, więc czegóż więcej potrzeba. Ale tu pojawia się smutek. Okruszki nie wiedzą, że są okruszkami Szklanego Człowieka i to im bardzo przeszkadza. I chociaż są mądre, bo są okruszkami mądrego Szklanego Człowieka, to aż takie mądre nie są. Dlatego zawsze, gdy spotkacie przypadkiem mały, szklany okruszek, powiedzcie mu natychmiast, że jest kawałkiem Szklanego Człowieka. Okruszkowi będzie wtedy lepiej na świecie i nie będzie mu aż tak smutno. Każdy przecież chce wiedzieć skąd się wziął.
A już nigdy nie mówcie nikomu nic złego. Nie wiecie przecież, kto z nas jest Szklanym Człowiekiem.
Baaardzo mądra bajka. Bardzo. A Wam, jak się podoba?
Zajęcia z biblioterapii zakończyliśmy tak, że wypisywaliśmy sobie nawzajem na skrawkach "szklanego człowieka" dlaczego ta konkretna osoba mogłaby być szklanym człowiekiem ("Jesteś szklanym człowiekiem, ponieważ..."). Bardzo, bardzo poruszyło mnie to co przeczytałam o sobie. Zwłaszcza słowa Pewnej Istotnej Osoby.
Druga bajka, już zdecydowanie bardziej amatorska, została napisana przeze mnie w minione wakacje. Jako, że jestem autorką tej bajki zastrzegam sobie do niej prawa autorskie (i wszelkie inne), i wiecie co to oznacza, prawda? (aż powiało ACTĄ):D
Krupska B., Szklany człowiek.
Bardzo dawno temu, kiedy góry były jeszcze płaskie jak muchomory, szedł sobie na przełaj przez świat Szklany Człowiek. Szklany Człowiek był bardzo duży, bardzo dobry i bardzo mądry. Był taki duży, że czasami strącał z nieba jakąś gwiazdę i bardzo się wtedy wstydził. Był taki dobry, że każdego kogo spotkał, traktował jednakowo i każdemu patrzył prosto w oczy. A taki był mądry, że wiedział wszystko, ale nigdy nie powiedział: "Ja wiem". Zawsze mówił: "Myślę, że tak jest, chociaż na pewno wiedzieć nie mogę".
Wędrował Szklany Człowiek na przełaj przez świat, a czasami schodził pod ziemię. Chciał zobaczyć, jak tam jest i chciał również porozmawiać z kretami. Uważał, że krety są bardzo mądre. Trzeba być mądrym, żeby zgodzić się na życie w ciemności. Gdy szedł po ziemi i strącał gwiazdy, gdy szedł i cicho rozbrzmiewał przezroczystą muzyką, ludzie rzucali w niego patykami. Albo kamieniami. Rzucali dlatego, że Szklany Człowiek był taki dobry i mądry, i taki szklany. Ale Szklany Człowiek szedł dalej, tylko czasami strącił gwiazdę i bardzo się tego wstydził.
Ale pewnego dnia, nieszczęsnego, smutnego dnia, ktoś rzucił w niego złym słowem, czarnym i ciężkim. I wtedy stało się nieszczęście. Szklany Człowiek zadźwięczał tak głośno, że gwiazdy się wystraszyły i pochowały w mysich norach, a potem pękł i rozsypał się na miliony, maleńkich okruchów szkła.
Ale poczekajcie. To jeszcze nie koniec bajki. Teraz zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Ludzie nie mieli w kogo rzucać patykami i zaczęli się nudzić. Krety zgłupiały zupełnie, bo nie miały z kim mądrze rozmawiać i zaczęły wychodzić na powierzchnię ziemi, tworząc kretowiska. Tak, tak. Kretowiska pojawiły się na łąkach dopiero wtedy, gdy krety przestały być mądre. A maleńkie okruchy szkła rozsypały się po całym świecie i zaczęły krążyć bezładnie, to tu, to tam. Były zupełnie bezradne i zagubione, bo nie rozumiały, skąd się wzięły, a już na pewno nie mogły wiedzieć, że są cząstką Szklanego Człowieka.
Czasami, bardzo rzadko co prawda, takie dwa okruszki przypadkowo się spotykają. Przytulają się wtedy do siebie i jest im bardzo, bardzo dobrze. Ale nie jest im dobrze cały czas. Zapytacie pewnie dlaczego. Dlatego, że najczęściej spotykają się dwa różne okruszki. Na przykład okruszek ramienia i okruszek palca. Wtedy zaczyna się smutek. Bo okruszek palca nie wie nic o istnieniu ramienia, a okruszek ramienia nie wie nic
o istnieniu palca. I jest im razem dobrze, ale czują, że każdy z nich jest inny i nie raz aż chce im się płakać.
Czasami spotykają się dwa okruszki jednakowe, na przykład okruszki nosa. O, wtedy to już prawie zupełnie dobrze. Są podobne, dobrze się ze sobą czują, więc czegóż więcej potrzeba. Ale tu pojawia się smutek. Okruszki nie wiedzą, że są okruszkami Szklanego Człowieka i to im bardzo przeszkadza. I chociaż są mądre, bo są okruszkami mądrego Szklanego Człowieka, to aż takie mądre nie są. Dlatego zawsze, gdy spotkacie przypadkiem mały, szklany okruszek, powiedzcie mu natychmiast, że jest kawałkiem Szklanego Człowieka. Okruszkowi będzie wtedy lepiej na świecie i nie będzie mu aż tak smutno. Każdy przecież chce wiedzieć skąd się wziął.
A już nigdy nie mówcie nikomu nic złego. Nie wiecie przecież, kto z nas jest Szklanym Człowiekiem.
Baaardzo mądra bajka. Bardzo. A Wam, jak się podoba?
Zajęcia z biblioterapii zakończyliśmy tak, że wypisywaliśmy sobie nawzajem na skrawkach "szklanego człowieka" dlaczego ta konkretna osoba mogłaby być szklanym człowiekiem ("Jesteś szklanym człowiekiem, ponieważ..."). Bardzo, bardzo poruszyło mnie to co przeczytałam o sobie. Zwłaszcza słowa Pewnej Istotnej Osoby.
Druga bajka, już zdecydowanie bardziej amatorska, została napisana przeze mnie w minione wakacje. Jako, że jestem autorką tej bajki zastrzegam sobie do niej prawa autorskie (i wszelkie inne), i wiecie co to oznacza, prawda? (aż powiało ACTĄ):D
Dedykuję Osobie, która zainspirowała mnie do napisania tego opowiadania
I Skrzat Ironiusz mieszkający w szafie
Pewnego razu w starej szafie zrzędliwej ciotki Anetazji mieszkał skrzat domowy Ironiusz. Nie, to nie jest chyba właściwy wstęp do tej historii, gdyż kojarzy się on wam z pewnością z bajką, a tutaj sprawa jest o wiele bardziej poważna. Zacznijmy więc jeszcze raz…
W starej szafie zrzędliwej ciotki Anetazji mieszkał skrzat domowy Ironiusz. Warto od razu dodać, że domowy nie znaczy udomowiony, a już na pewno nie znaczy „oswojony”. Zresztą, widzieliście kiedyś skrzata domowego? Ja też nie, choć znam takich , którzy utrzymują, że widzieli. Wróćmy jednak do naszego skrzata. Ironiusz był nietypowym, powiedziałabym nawet „niepospolitym’ przedstawicielem swojego gatunku: skrzaty domowe żyją zazwyczaj w gromadach, jednak Ironiusz tak bardzo cenił sobie niezależność, że postanowił mieszkać w szafie zrzędliwej ciotki sam. Zastanawiacie się pewnie czy wobec tego nie czuł się samotny, czy nie odczuwał nudy. W żadnym razie! Ironiusz spędzał długie godziny wyglądając przez dziurkę od klucza i śledząc wraz z ciotką Anetazją losy bohaterów seriali telewizyjnych. A gdy znudziły go już seriale zakładał swoje odświętne kierpcei i udawał się z wizytą do swoich przyjaciół. I tak było również TAMTEGO dnia. Dnia, który zmienił życie nie tylko jednej osoby. A było to tak:
II Skrzat Ironiusz opuszcza szafę
Ironiusz obudził się wyjątkowo wcześnie. Z natury był śpiochem, ale tym razem obudził go hałas jaki urządziła ciotka Anetazja pakując w wielkim pośpiechu walizkę. No tak, zaspała, a tego ranka miała wylecieć na wymarzone wakacje do Rzymu. Gdy Ironiusz kończył jeść śniadanie usłyszał trzaśnięcie drzwi i tyle widziano zrzędliwą ciotkę. Zwykle o tej porze Ironiusz oddawał się swojemu drugiemu (po oglądaniu seriali) hobby, szydełkowaniu. Dziergał on na drutach aż do obiadu, a po obiedzie stawiał ulubiony czerwony fotel przy dziurce od klucza w drzwiach szafy i oglądał seriale z ciotką. Ale ciotka wyjechała, i mimo że skrzat mógł oczywiście wyjść z szafy i włączyć telewizor ciotki nie zrobił tego, bo zakazywał mu tego Kodeks Skrzata (a Ironiusz był bardzo honorowy). Po krótkim rozpatrzeniu wszystkich „za” i „przeciw” (analiza nie była mocną stroną Ironiusza) nasz skrzat zdecydował się wybrać z wizytą do przyjaciółki Sikorki. Założył zatem odświętne kierpce i opuścił szafę rozmyślając o tym jak przyjemnie będzie spotkać dawno niewdzianą przyjaciółkę.
III Skrzat Ironiusz spotyka sardynkę Sarę
Z rozmyślań wyrwał Ironiusza jakiś DŹWIĘK. Zaraz, zaraz, czy to…płacz? Ale kto…?- Ironiusz rozejrzał się po pokoju i jego uwagę przykuł przedmiot, którego wcześniej tu nie zauważył. Ogromne akwarium. Właściwie powinnam napisać AKWARIUM , takie było ogromne. A w nim: mała, zanosząca się od płaczu sardynka. PŁACZĄCA SARDYNKA???
Gdy Ironiusz wreszcie otrząsnął się ze zdziwienia na tyle by zrobić kolejny krok ku drzwiom płacz sardynki nasilił się i skrzat poczuł jakby jego serce zaczęło zamieniać się w topniejący wosk.
- No dobrze już, dobrze, nie płacz maleńka- skrzat przemówił łagodnie do rybki. Reakcja sardynki była natychmiastowa: przerwała łkanie i ocierając łzy spytała nieśmiało:
- Czy ty, czy ty…do mnie mówisz?
- A widzisz tu kogoś jeszcze?- zapytał rzeczowo skrzat.
Sardynka najpierw rozejrzała się wokół a następnie wybuchła jeszcze głośniejszym szlochem.
- No właśnie, właśnie o to chodzi- wydukała przez łzy- jestem samaaa….
-Więc w tym rzecz- odrzekł Ironiusz- Spójrz na mnie- kontynuował- ja też jestem sam („i nie urządzam takich scen” dodał w myślach).
Ni stąd ni zowąd sardynka zapytała:
-Dokąd idziesz?
Skrzat przełknął ślinę nim udzielił odpowiedzi, wiedział bowiem jaka nastąpi po niej reakcja. – Idę do przyjaciela.
O dziwo, sardynka nie rozpłakała się, a wręcz przeciwnie, zupełnie spokojnie rzekła:
- Przepraszam, że przeszkodziłam ci w drodze. Miło było cię poznać…
- Ironiuszu
-…Ironiuszu. Przepraszam, idź już, nie każ przyjacielowi czekać.
Ironiusz drugi raz poczuł, że jego serce zamienia się w wosk.
- A co z tobą? Mogę ci jakoś pomóc?
Sardynka spojrzała znacząco na szybę akwarium i rzekła smutno:
- Widzisz to szkło? To wszystko co mam. Kiedyś było…inaczej.
- Byłaś kiedyś wolna?
- Tak, mieszkałam z rodziną w rzece. Aż pewnego dnia, ktoś po prostu zarzucił sieć i tak oto znalazłam się tutaj.
- Musi być jakiś ratunek dla ciebie. A może bym tak wypuścił cię po prostu do jakieś wody?
- Zrobiłbyś to?
- Oczywiście. Wybacz tą propozycję, ale może wrzucę cię do toalety?
- Wykluczone, co to to nie. Mam klaustrofobię.
- Dobrze. Pomyślmy…Niedaleko stąd jest zatoka. Czy chcesz bym cię wrzucił do morza?
- Tak, tak! Z całego serca. Jest tylko jedna mała rzecz, o której nie chciałabym mówić.
- Dlaczego? Nie ufasz mi?
W tej chwili sardynka Sara poczuła, ze tak naprawdę ten mały skrzat jest jedyną osobą jaką ma, wyjaśniła więc:
- Chodzi o to, ze nawet gdy wypłynę do morza, wciąż będę sama.
- Ależ co ty mówisz- odparł skrzat.- Rodzina, przyjaciele na pewno cię teraz szukają.
- Nie szukają, uwierz mi.
Ironiusz spojrzał w smutne oczy Sary i nie musiał już o nic pytać. Rzekł więc:
- Poznasz nowych przyjaciół.
- A co, jeśli spotkam złe ryby? Może jednak lepiej by było gdybym została tutaj, gdzie jestem bezpieczna.
- Jeśli spotkasz złe ryby to zmienisz morze. Czasami dobrze jest zmienić morze, w którym pływamy.
- I nie można zamykać się w akwarium.
- Dokładnie.
Sara uśmiechnęła się. A myślała, że już nigdy się nie uśmiechnie.
Tego dnia nie tylko Sara dostała ważną lekcję.
Czasami pomoże nam zupełnie przypadkowy człowiek.
Czasami musimy pozwolić się komuś odnaleźć.
No i czasami warto zmienić morze, w którym pływamy;]
piątek, 2 marca 2012
"Gipsy" (tym razem notka z decykacją dla Martuchy, która wymyśliła tą ksywę;D)
10 dni do zdjęcia gipsu.
Sandra, be patient!
be patient
be patient
be patient
be patient
be patient
be patient
....
A poza tym zaliczyłyśmy z Martuką zadanie z angielskiego u naszego ulubionego english teacher-> jest radość! ("lucky you" i te sprawy :D)
I to chyba na tyle z istotnych newsów na dziś:)
Branoc:)
Sandra, be patient!
be patient
be patient
be patient
be patient
be patient
be patient
....
A poza tym zaliczyłyśmy z Martuką zadanie z angielskiego u naszego ulubionego english teacher-> jest radość! ("lucky you" i te sprawy :D)
I to chyba na tyle z istotnych newsów na dziś:)
Branoc:)
wtorek, 28 lutego 2012
poznaję ciebie bo masz swe humory
niebo obok czyśćca a piekło od zaraz
i ty mnie zauważasz bo mam krzywe serce
to znaczy wiele uczuć które mnie prowadzą
błądzimy grzeszymy
i trzaskamy drzwiami
gdy wady nam uciekną
to się nie poznamy
(ks. J.Twardowski, Poznaję)
* * *
* * *
I jeszcze nasunęło mi się takie pojęcie substytutu życia . Chyba na to choruję.Ale o tym innym razem.
niedziela, 26 lutego 2012
Postanowienia.
Nadszedł Wielki Post, najwyższy więc czas, żeby się ogarnąć i zrobić wreszcie POSTANOWIENIA NOWOROCZNE :D Będąc u Irenki przez 3 dni wpatrywałam się w postanowienia zawieszone na jej szafie, a że część z nich była całkiem fajna, to pozwolę sobie je "odgapić" :D Soł...
IN 2012 I WILL:
PRAY MORE,
TRUST MORE,
STUDY MORE,
READ MORE BOOKS,
EAT HEALTHIER,
LOVE MYSELF MORE,
CARE ABOUT MY HEALTH MORE,
CARE LESS WHAT PEOPLE THINK,
CARE MORE ABOUT FRIENDS,
BE MORE COURAGEOUS,
BE MORE EASY-GOING,
LOVE MORE!
LIVE LIKE THERE IS NO TOMORROW.
Ps. Postanowienia adwento....yyy...wielkopostne też oczywiście są xD
IN 2012 I WILL:
PRAY MORE,
TRUST MORE,
STUDY MORE,
READ MORE BOOKS,
EAT HEALTHIER,
LOVE MYSELF MORE,
CARE ABOUT MY HEALTH MORE,
CARE LESS WHAT PEOPLE THINK,
CARE MORE ABOUT FRIENDS,
BE MORE COURAGEOUS,
BE MORE EASY-GOING,
LOVE MORE!
LIVE LIKE THERE IS NO TOMORROW.
Ps. Postanowienia adwento....yyy...wielkopostne też oczywiście są xD
sobota, 25 lutego 2012
Boredoooooom
Pierwszy weekend bez Rezerwatu i Sandra już się nudzi. Przejrzała 242354467655 stron demotywatorów, 6578093545 stron bestów, 4665877690999 stron kwejka, kilka filmów i kilka kabaretów i już nie wie co ma z sobą począć :D Napisałaby nawet pracę magisterską, ale książek ni ma. Więc siedzi, prowadzi dyskusje na gadu i tęskni.
czwartek, 16 lutego 2012
Speeddating, czyli kolejna notka z dedykacją dla Jelonka.
No i poszłyśmy na ten speeddating. I nawet całkiem fajnie było. Można było poznać wielu ludzi, przyjemnych, DZIWNYCH, ZABAWNYCH:D Książąt z bajki niestety nie było.
Ze statystyk:
1. Najczęściej pojawiające się tematy rozmów:
Co by Ci tu jeszcze Jelonku powiedzieć? Miło było i tyle.
Shrubratri.
Ze statystyk:
1. Najczęściej pojawiające się tematy rozmów:
- aktualne zajęcia (studia, praca)
- aspiracje i plany na przyszłość
- zainteresowania
- psy! (czy ja wyglądam na dogofila albo coś???)
- Pedagogika czy psychologia?
- Jakie czytasz książki?
- Jakie oglądasz filmy?
- Jakiej muzyki słuchasz?
- Co lubisz robić (jakie masz zainteresowania)?
- Lubisz psy/ masz psa?
- Dlaczego tu przyszłaś/eś?
- Najbardziej szalona rzecz jaką zrobiłaś/eś
- Jaka jest pierwsza rzecz, którą robisz po powrocie do domu? (zdejmuję buty!)
- Najczęściej padające hasło: "ooo, to lubisz dzieci"
- Dwie osoby zapytały o miejsce zamieszkania
- Jedna osoba zapytała czy jestem wierząca i praktykująca
- Jeden kolega w ogóle o nic nie pytał, opowiadał tylko wszystkim po kolei o tym co dzisiaj robił
- Z bardzo istotnych faktów zapamiętałam, że jeden kolega zajmuje się jogą i innymi rzeczami związanymi z Bliskim Wschodem, drugi gra na skrzypcach, a jeszcze inny ma 4 labradory (w tym 3 czarne).
Co by Ci tu jeszcze Jelonku powiedzieć? Miło było i tyle.
Shrubratri.
wtorek, 14 lutego 2012
W ostatnich dniach wszystko wróciło do normy. Wróciła też bezsenność, a wraz z nią nocne sufit myśli. Tym razem w temacie radości, a właściwie jej braku...Generalnie głupio mi o tym pisać, ale liczę na to, że jak sie wygadam tutaj, to może mi przejdą sufit-myśli albo coś...
Powiedziano mi, że otrzymam DAR RADOŚCI.
I sama to bardzo mocno poczułam. Byłam absolutnie pewna, że tak właśnie się stanie. Że w moim życiu zapanuje radość. I zaraz po tym wszystko w moim życiu zaczęło się walić.Z radością nie mam wiele wspólnego i nie sądzę bym w jakikolwiek sposób posiadała ów dar. Oczywiście, można pod to podciągnąć teorie, że Pan Bóg mnie sprawdza itd. ale przecież On wie, ile jestem w stanie znieść itd. Wie, że część rzeczy w moim życiu jest przegrana, i tu już nie ma nawet o co się szarpać. Można też powiedzieć, że może potrzeba na to więcej czasu. Ale tu z kolei pojawia się pytanie: ile? Bo jak długo można tak żyć? (czym? nadzieją?) I najbardziej mnie gryzie to, że nie potrafię tego pojąć. Że "jak to możliwe, że "miała być radość", a nie ma jej z żadnej strony, a już na pewno nie ma jej we mnie". Przecież nie powinnam czuć się oszukana, bo "błąd" zapewne tkwi gdzieś we mnie.
No nie pojmuję tego jak nic.
Powiedziano mi, że otrzymam DAR RADOŚCI.
I sama to bardzo mocno poczułam. Byłam absolutnie pewna, że tak właśnie się stanie. Że w moim życiu zapanuje radość. I zaraz po tym wszystko w moim życiu zaczęło się walić.Z radością nie mam wiele wspólnego i nie sądzę bym w jakikolwiek sposób posiadała ów dar. Oczywiście, można pod to podciągnąć teorie, że Pan Bóg mnie sprawdza itd. ale przecież On wie, ile jestem w stanie znieść itd. Wie, że część rzeczy w moim życiu jest przegrana, i tu już nie ma nawet o co się szarpać. Można też powiedzieć, że może potrzeba na to więcej czasu. Ale tu z kolei pojawia się pytanie: ile? Bo jak długo można tak żyć? (czym? nadzieją?) I najbardziej mnie gryzie to, że nie potrafię tego pojąć. Że "jak to możliwe, że "miała być radość", a nie ma jej z żadnej strony, a już na pewno nie ma jej we mnie". Przecież nie powinnam czuć się oszukana, bo "błąd" zapewne tkwi gdzieś we mnie.
No nie pojmuję tego jak nic.
środa, 8 lutego 2012
Bratislava story.
Tym razem postanowiłam spisać dla potomnych wrażenia z pobytu w pięknej Bratysławce:) Soł....
Bratislava, day 1. (5.02.2012)
Podróż polskimbusem upłynęła szybko i mniej stresowo niż poprzednim razem. W zasadzie najbardziej stresujący był sam moment wejścia do busa w Katowicach, później już poszło "gładko". Muszę wspomnieć, że toaleta w busie została zamknięta "z okazji niskiej temperatury". No tak, każda "okazja" żeby zamknąć toaletę jest dobra :P Z autobusovej stanicy musiałam SAMA dojechać na Halovą, gdzie na przystanku odebrała mnie już Ira. Wieczorem przyszedł Vladko (z materacem do spania:)). A na koniec dnia film: "500 days od Summer"- przyjemny, chociaż bez szału.
Bratislava, day 2. (6.02.2012)
Rano odbyliśmy z Vladem trasę na Dubravkę (która żyje własnym życiem, nawet pogodę ludzie mają tam własną, czyt. inną niż w pozostałej części Bratysławy). Pojechaliśmy tam po to, żebym następnego dnia trafiła tam bez problemu sama. Wróciliśmy na obiad: Irenka przygotowała dla nas pyszne czosnkowe fileciki z kurczaka:))). Popołudnie spędziłyśmy na graniu w scrabble (uważam, że powinniśmy do słownika wprowadzić słowa typu yhm:P), w wisielca (kategoria: Cytaty sławnych ludzi. Hasło: Ugotowałem zupę. Paulo Coelho:D), a nawet w ambitne kółko i krzyżyk:P Następnym punktem dnia był wypad z Vladem na miasto.Spacer i wizyta w pubie, którego nazwy już niestety nie pamiętam (i loksza* makowa...mmm...niebo w gębie:))). Wieczorem obejrzałyśmy z Irą "The kids are all right"- godne obejrzenia, polecam:)
Bratislava, day 3. (7.02.2012)
Rano wizyta z Irą u lekarza. A po południu wizyta w angielskim przedszkolu. Co by tu powiedzieć? Przejechałam pół świata i jeszcze pół Bratysławy a pani dyrektor znalazła dla mnie...aż 15 min. She is very busy. Generalnie nie dowiedziałam się niczego nowego, poza tym, że mogę zapomnieć o jakimkolwiek wsparciu finansowym z ich strony....
Podsumowanie i refleksje:]
Bardzo, bardzo się cieszę z odbytej wizyty:) Nawet bardziej niż poprzednim razem;) Oczywiście w grudniu też było super, ale mimo wszystko różne dziwne rzeczy trzymały wtedy my mind at Poland. A tym razem byłam w Bratysławce ciałem, sercem i duszą:)) Bardzo potrzebowałam tych kilku chwil spokoju. Cieszenia się zwykłymi rzeczami takimi jak gra w wisielca czy oglądanie filmu:D No i przy okazji ogrzałam się trochę, bo na Słowacji jest kilka stopni więcej niż u nas:)))
Powroty do domu są zawsze smutne. Jak to mówi stare polskie porzekadło: Wszędzie dobrze, byle nie w domu...
Co do praktyki- nie wiem, nie wiem, nie wiem co z tym zrobić:( Wyjazd bez zabezpieczenia finansowego nie byłby rozsądny. Z drugiej strony wyjeżdżając do Danii też nie byłam jakoś specjalnie zabezpieczona i stwierdziłam, że taka rzecz mnie nie powstrzyma. Oczywiście, że mogłabym znaleźć pracę na Słowacji, tylko żeby to nie skończyło się tak, jak szukanie pracy w Danii...Poza tym nie wiadomo nawet czy wydział mnie wypuści. Dziś nie mam już sił, żeby to analizować, pomyślę nad tym jutro, będę miała na to dobrych kilka godzin w pracy.
Poza tym doszłam do tego, że mogłabym wyliczyć dni bądź okresy, w których naprawdę ŻYŁAM. Cała reszta to kategoria: Wstać- Przeżyć ten dzień- Iść spać.
Kwadrans w domu wystarczył, żebym przeszła z opcji "życie nawet nie jest takie złe" na "I don't want to live any more"...A najgorsze jest to, że czuję totalną bezdradność..Nie potrafię cieszyć się życiem, nie potrafię zrobić z nim niczego. I nawet nie wiem kogo mam za to winić...
Miałam zrobić listę postanowień noworocznych, ale to może jak będę miała lepszy dzień.
*loksza- naleśniki z ciasta ziemniaczanego, które można jeść solo lub nadziewane
Bratislava, day 1. (5.02.2012)
Podróż polskimbusem upłynęła szybko i mniej stresowo niż poprzednim razem. W zasadzie najbardziej stresujący był sam moment wejścia do busa w Katowicach, później już poszło "gładko". Muszę wspomnieć, że toaleta w busie została zamknięta "z okazji niskiej temperatury". No tak, każda "okazja" żeby zamknąć toaletę jest dobra :P Z autobusovej stanicy musiałam SAMA dojechać na Halovą, gdzie na przystanku odebrała mnie już Ira. Wieczorem przyszedł Vladko (z materacem do spania:)). A na koniec dnia film: "500 days od Summer"- przyjemny, chociaż bez szału.
Bratislava, day 2. (6.02.2012)
Rano odbyliśmy z Vladem trasę na Dubravkę (która żyje własnym życiem, nawet pogodę ludzie mają tam własną, czyt. inną niż w pozostałej części Bratysławy). Pojechaliśmy tam po to, żebym następnego dnia trafiła tam bez problemu sama. Wróciliśmy na obiad: Irenka przygotowała dla nas pyszne czosnkowe fileciki z kurczaka:))). Popołudnie spędziłyśmy na graniu w scrabble (uważam, że powinniśmy do słownika wprowadzić słowa typu yhm:P), w wisielca (kategoria: Cytaty sławnych ludzi. Hasło: Ugotowałem zupę. Paulo Coelho:D), a nawet w ambitne kółko i krzyżyk:P Następnym punktem dnia był wypad z Vladem na miasto.Spacer i wizyta w pubie, którego nazwy już niestety nie pamiętam (i loksza* makowa...mmm...niebo w gębie:))). Wieczorem obejrzałyśmy z Irą "The kids are all right"- godne obejrzenia, polecam:)
Bratislava, day 3. (7.02.2012)
Rano wizyta z Irą u lekarza. A po południu wizyta w angielskim przedszkolu. Co by tu powiedzieć? Przejechałam pół świata i jeszcze pół Bratysławy a pani dyrektor znalazła dla mnie...aż 15 min. She is very busy. Generalnie nie dowiedziałam się niczego nowego, poza tym, że mogę zapomnieć o jakimkolwiek wsparciu finansowym z ich strony....
Podsumowanie i refleksje:]
Bardzo, bardzo się cieszę z odbytej wizyty:) Nawet bardziej niż poprzednim razem;) Oczywiście w grudniu też było super, ale mimo wszystko różne dziwne rzeczy trzymały wtedy my mind at Poland. A tym razem byłam w Bratysławce ciałem, sercem i duszą:)) Bardzo potrzebowałam tych kilku chwil spokoju. Cieszenia się zwykłymi rzeczami takimi jak gra w wisielca czy oglądanie filmu:D No i przy okazji ogrzałam się trochę, bo na Słowacji jest kilka stopni więcej niż u nas:)))
Powroty do domu są zawsze smutne. Jak to mówi stare polskie porzekadło: Wszędzie dobrze, byle nie w domu...
Co do praktyki- nie wiem, nie wiem, nie wiem co z tym zrobić:( Wyjazd bez zabezpieczenia finansowego nie byłby rozsądny. Z drugiej strony wyjeżdżając do Danii też nie byłam jakoś specjalnie zabezpieczona i stwierdziłam, że taka rzecz mnie nie powstrzyma. Oczywiście, że mogłabym znaleźć pracę na Słowacji, tylko żeby to nie skończyło się tak, jak szukanie pracy w Danii...Poza tym nie wiadomo nawet czy wydział mnie wypuści. Dziś nie mam już sił, żeby to analizować, pomyślę nad tym jutro, będę miała na to dobrych kilka godzin w pracy.
Poza tym doszłam do tego, że mogłabym wyliczyć dni bądź okresy, w których naprawdę ŻYŁAM. Cała reszta to kategoria: Wstać- Przeżyć ten dzień- Iść spać.
Kwadrans w domu wystarczył, żebym przeszła z opcji "życie nawet nie jest takie złe" na "I don't want to live any more"...A najgorsze jest to, że czuję totalną bezdradność..Nie potrafię cieszyć się życiem, nie potrafię zrobić z nim niczego. I nawet nie wiem kogo mam za to winić...
Miałam zrobić listę postanowień noworocznych, ale to może jak będę miała lepszy dzień.
*loksza- naleśniki z ciasta ziemniaczanego, które można jeść solo lub nadziewane
czwartek, 2 lutego 2012
An expediotion to Warsaw, czyli o tym jak Ślązaczki przyjechały w marynkarkach
Pobudka: 3:30. Tylko raz i nigdy więcej.
4:00- wyjście z domu, 4:30- tramwaj. Na dobry początek tramwaj utknął korku (jak to się stało, że o 5 rano zrobił się "korek tramwajowy"???). Dzięki Bogu dotarłam na czas na pociąg i mogłyśmy wyruszyć w podróż do wielkiego miasta.
Początek podróży niczego sobie, zaserwowali nam nawet darmową kawę (nie ma to jak pociąg dla VIPów:D). Niestety sielanka nie trwała długo w "pewnym momencie" usłyszałyśmy komunikat, że LOKOMOTYWA SIĘ ZEPSUŁA. NAPRAWA POTRWA OKOŁO GODZINY. Troskliwa pani konduktorka powiedziała, że na drugich torach będzie nas wymijał drugi pociąg do Warszawy ("który już rusza, więc jeśli chcecie się przesiąść to zróbcie to szybko"). "Chciałyśmy się przesiąść", wysiadam już z pociągu a tu...dookoła łyse pola (kamieniste) i dwumetrowa przepaść pod nami. Skacząc w tę przepaść czułam się jak dziewczyna Bonda (tyle, że bez Bonda). Dobiegłyśmy do pociągu, którym dotarłyśmy na dworzec Wa-wa Centralna. Pierwsze wrażenie: "jakie tu wszystko jest duże". Nie było czasu na rozglądanie się, trzeba było szybko znaleźć metro. Biegniemy więc do metra, biegniemy, biegniemy a tu...barierki. Wszyscy ludzie przechodzą przeciągając przez czytnik przy barierkach jakieś magiczne karty bądź bilety, a my utknęłyśmy. Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała "pomimo wszystko po prostu przejść". Podeszłam do barierek, przyłożyłam nawet torbę do "czytnika na torby", ale Sezam się nie otworzył. W tym miejscu muszę pozdrowić Kasię, która do teraz pewnie płacze ze śmiechu na to wspomnienie:D Musiałam się poddać, kupiłyśmy magiczne bilety otwierające barierki, podjechałyśmy kilka przystanków metrem, kolejne kilka autobusem, później jeszcze tylko obeszłyśmy wszystkie wydziały Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (w końcu trzeba było pozwiedzać, no nie Kasiu?) i już byłyśmy na miejscu (tzn w Auli Kryształowej SGGW). Siedem i pół godzin szkolenia i powrót: autobus- barierki- metro-barierki-pociąg-tramwaj-łóżko. A co do szkolenia: muszę wspomnieć, że jako jedyne byłyśmy ubrane "oficjalnie"(koleżanka siedząca obok nas miała na sobie spodnie z piżamy,a przynajmniej coś co na to wyglądało). Śląsk może być dumny ze swych reprezentantek :D Wróciłam o 1 w nocy, padnięta, zamarznięta (wyższy stopień od pojęcia zmarznięta) i zakatarzona.
4:00- wyjście z domu, 4:30- tramwaj. Na dobry początek tramwaj utknął korku (jak to się stało, że o 5 rano zrobił się "korek tramwajowy"???). Dzięki Bogu dotarłam na czas na pociąg i mogłyśmy wyruszyć w podróż do wielkiego miasta.
Początek podróży niczego sobie, zaserwowali nam nawet darmową kawę (nie ma to jak pociąg dla VIPów:D). Niestety sielanka nie trwała długo w "pewnym momencie" usłyszałyśmy komunikat, że LOKOMOTYWA SIĘ ZEPSUŁA. NAPRAWA POTRWA OKOŁO GODZINY. Troskliwa pani konduktorka powiedziała, że na drugich torach będzie nas wymijał drugi pociąg do Warszawy ("który już rusza, więc jeśli chcecie się przesiąść to zróbcie to szybko"). "Chciałyśmy się przesiąść", wysiadam już z pociągu a tu...dookoła łyse pola (kamieniste) i dwumetrowa przepaść pod nami. Skacząc w tę przepaść czułam się jak dziewczyna Bonda (tyle, że bez Bonda). Dobiegłyśmy do pociągu, którym dotarłyśmy na dworzec Wa-wa Centralna. Pierwsze wrażenie: "jakie tu wszystko jest duże". Nie było czasu na rozglądanie się, trzeba było szybko znaleźć metro. Biegniemy więc do metra, biegniemy, biegniemy a tu...barierki. Wszyscy ludzie przechodzą przeciągając przez czytnik przy barierkach jakieś magiczne karty bądź bilety, a my utknęłyśmy. Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała "pomimo wszystko po prostu przejść". Podeszłam do barierek, przyłożyłam nawet torbę do "czytnika na torby", ale Sezam się nie otworzył. W tym miejscu muszę pozdrowić Kasię, która do teraz pewnie płacze ze śmiechu na to wspomnienie:D Musiałam się poddać, kupiłyśmy magiczne bilety otwierające barierki, podjechałyśmy kilka przystanków metrem, kolejne kilka autobusem, później jeszcze tylko obeszłyśmy wszystkie wydziały Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (w końcu trzeba było pozwiedzać, no nie Kasiu?) i już byłyśmy na miejscu (tzn w Auli Kryształowej SGGW). Siedem i pół godzin szkolenia i powrót: autobus- barierki- metro-barierki-pociąg-tramwaj-łóżko. A co do szkolenia: muszę wspomnieć, że jako jedyne byłyśmy ubrane "oficjalnie"(koleżanka siedząca obok nas miała na sobie spodnie z piżamy,a przynajmniej coś co na to wyglądało). Śląsk może być dumny ze swych reprezentantek :D Wróciłam o 1 w nocy, padnięta, zamarznięta (wyższy stopień od pojęcia zmarznięta) i zakatarzona.
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Retrospekcja and short look in the nearest future.
Styczeń, styczeń i po styczniu (no prawie).
Co wobec tego za mną?
Pierwsze dni Nowego Roku-> złośliwy wirus atakujący mój żołądek = kilka dni wyciętych z życia. Generalnie: umarłam, ale powstałam z tego stanu żeby napisać kolosa z metodologii (zakończonego zresztą zwycięstwem: 4,5!:))
Z kolejnych kilku dni poza bezsennością nie za wiele pamiętam...
Potem spędziłam kilka dni i nocy u Peterka (pisanie psychologicznej analizy osobowości, aerobik i inne takie).
Później znów jakaś luka w pamięci (czyżby Reserved?).. a w ostatnich dniach miało miejsce jedno z najznamienitszych wydarzeń tej sesji: egzamin u S. J.Czekamy na wyniki, ale im dłużej nad tym myślę tym bardziej jestem pewna, że w moim temacie była zmienna zależna (której ja nie wyznaczyłam, bo uznałam, że jej nie ma). I na nic mi się tu zdała wybitna intelligence (pozdrowienia dla Marty i Peterka, którym chyba muszę dać adres tego bloga, skoro je tu pozdrawiam :P) :D I na nic mi się zdało 4,5 z kolokwium. I wszystko marność, nad marnościami:(
Today: REMONT.. Od 2 tygodni chodzę po gruzach, ze wszystkich stron zwisają nade mną kable...Nie jest to fajne, o nie! A perspektywa chodzenia po gruzach przez kolejne x miesięcy (na to się zapowiada) powoduje u mnie mimowolne łzy.
A teraz obiecane look in the future:
Tomorrow: jedziemy zawieźć grę do pni prof. Krecik. Smutno mi, bo chociaż nawet jestem zadowolona z efektu to wciąż nie wszystko jest tak jak sobie wymarzyłam (rybki i karty miały być zalaminowane:(
Środa: kierunek Warszawa->wyprawa do wielkiego świata na szkolenie z TUNSS*. I pobudka o 3:30!
Czwartek: uczing uczing uczing, bo...
w piątek egzamin u pani M.M (Może jak ją pozdrowię od Irenki to spojrzy łagodniejszym okiem? Ależ oczywiście, nie będzie to lizusostwo:P)
Sobota: Rezerwat.
A w niedzielę wyjazd do Bratysławy.
Vlado: "Ira mlowila ze przyjedzies, ciesis sie?".
Oczywiście Vladko, że się cieszę. Cieszę się bardzo. Ale im więcej myślę o opcji ewentualnych praktyk w tym przedszkolu angielskim, tym głośniej słyszę w swojej głowie głos, który najpierw szeptał, później mówił a teraz już krzyczy po mnie: Kaj ty się tam dziołcha pchosz? Nieważne, że w Danii ci się udało. Teraz sytuacja jest inna. To jest przecież OCZYWISTE, że sobie NIE PORADZISZ. Zobacz jaka z ciebie sierota, nawet głupiej metodologii nie potrafisz...W ogóle na co ci to?
No właśnie, na co? Żeby udowodnić niewiadomo komu (sobie) niewiadomo co (że sobie poradzę). Żeby udowodnić, ze jestem coś, cokolwiek warta.
Dziś znów mam ochotę rzucić wszystko i pójść spać. Na bardzo długo.
Piosenka na dobranoc: Coma "Spadam"
Spadam
Powoli spadam
W korytarze świateł
W pomruki znaczeń
Spadam
Jakby nie było
Całego świata
Jak by nie było nawet mnie
Co wobec tego za mną?
Pierwsze dni Nowego Roku-> złośliwy wirus atakujący mój żołądek = kilka dni wyciętych z życia. Generalnie: umarłam, ale powstałam z tego stanu żeby napisać kolosa z metodologii (zakończonego zresztą zwycięstwem: 4,5!:))
Z kolejnych kilku dni poza bezsennością nie za wiele pamiętam...
Potem spędziłam kilka dni i nocy u Peterka (pisanie psychologicznej analizy osobowości, aerobik i inne takie).
Później znów jakaś luka w pamięci (czyżby Reserved?).. a w ostatnich dniach miało miejsce jedno z najznamienitszych wydarzeń tej sesji: egzamin u S. J.Czekamy na wyniki, ale im dłużej nad tym myślę tym bardziej jestem pewna, że w moim temacie była zmienna zależna (której ja nie wyznaczyłam, bo uznałam, że jej nie ma). I na nic mi się tu zdała wybitna intelligence (pozdrowienia dla Marty i Peterka, którym chyba muszę dać adres tego bloga, skoro je tu pozdrawiam :P) :D I na nic mi się zdało 4,5 z kolokwium. I wszystko marność, nad marnościami:(
Today: REMONT.. Od 2 tygodni chodzę po gruzach, ze wszystkich stron zwisają nade mną kable...Nie jest to fajne, o nie! A perspektywa chodzenia po gruzach przez kolejne x miesięcy (na to się zapowiada) powoduje u mnie mimowolne łzy.
A teraz obiecane look in the future:
Tomorrow: jedziemy zawieźć grę do pni prof. Krecik. Smutno mi, bo chociaż nawet jestem zadowolona z efektu to wciąż nie wszystko jest tak jak sobie wymarzyłam (rybki i karty miały być zalaminowane:(
Środa: kierunek Warszawa->wyprawa do wielkiego świata na szkolenie z TUNSS*. I pobudka o 3:30!
Czwartek: uczing uczing uczing, bo...
w piątek egzamin u pani M.M (Może jak ją pozdrowię od Irenki to spojrzy łagodniejszym okiem? Ależ oczywiście, nie będzie to lizusostwo:P)
Sobota: Rezerwat.
A w niedzielę wyjazd do Bratysławy.
Vlado: "Ira mlowila ze przyjedzies, ciesis sie?".
Oczywiście Vladko, że się cieszę. Cieszę się bardzo. Ale im więcej myślę o opcji ewentualnych praktyk w tym przedszkolu angielskim, tym głośniej słyszę w swojej głowie głos, który najpierw szeptał, później mówił a teraz już krzyczy po mnie: Kaj ty się tam dziołcha pchosz? Nieważne, że w Danii ci się udało. Teraz sytuacja jest inna. To jest przecież OCZYWISTE, że sobie NIE PORADZISZ. Zobacz jaka z ciebie sierota, nawet głupiej metodologii nie potrafisz...W ogóle na co ci to?
No właśnie, na co? Żeby udowodnić niewiadomo komu (sobie) niewiadomo co (że sobie poradzę). Żeby udowodnić, ze jestem coś, cokolwiek warta.
Dziś znów mam ochotę rzucić wszystko i pójść spać. Na bardzo długo.
Piosenka na dobranoc: Coma "Spadam"
Spadam
Powoli spadam
W korytarze świateł
W pomruki znaczeń
Spadam
Jakby nie było
Całego świata
Jak by nie było nawet mnie
sobota, 28 stycznia 2012
"And they say
She's in the Class A Team
Stuck in her daydream
Been this way since 18
But lately her face seems
Slowly sinking, wasting
Crumbling like pastries
And they scream
The worst things in life come free to us
Cos we're just under the upperhand
And go mad for a couple of grams
And she don't want to go outside tonight
And in a pipe she flies to the Motherland
Or sells love to another man
It's too cold outside
For angels to fly
and for angels to die"
Ed Sheeran "The A Team"
She's in the Class A Team
Stuck in her daydream
Been this way since 18
But lately her face seems
Slowly sinking, wasting
Crumbling like pastries
And they scream
The worst things in life come free to us
Cos we're just under the upperhand
And go mad for a couple of grams
And she don't want to go outside tonight
And in a pipe she flies to the Motherland
Or sells love to another man
It's too cold outside
For angels to fly
and for angels to die"
Ed Sheeran "The A Team"
sobota, 14 stycznia 2012
"Bliscy i oddaleni" ks. J. Twardowski
Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają i muszą się spotkać aby się ominąć bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze piszą do siebie listy gorące i zimne rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało są inni co się nawet po ciemku odnajdą lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął byliby doskonali lecz wad im zabrakło bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej niektórzy umierają-to znaczy już wiedzą miłości się nie szuka jest albo jej nie ma nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek są i tacy co się na zawsze kochają i dopiero dlatego nie mogą być razem jak bażanty co nigdy nie chodzą parami można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem.
Można nawet zabłądzić, lecz po drugiej stronie nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem.
niedziela, 1 stycznia 2012
Posylwestrowa notka dla Jelonka:)
Sylwestrowa noc w Świętochłowicach chyba się udała:) Mam nadzieję, ze towarzystwo, będzie ją dobrze wspominało:)
I tylko królik się obraził, strzelił focha i w odwecie zeżarł mój szalik. A to ci królik o.O
I tylko królik się obraził, strzelił focha i w odwecie zeżarł mój szalik. A to ci królik o.O
Subskrybuj:
Posty (Atom)