wtorek, 13 marca 2012

Dziś będą dwie bajki. Pierwsza - o szklanym człowieku.

Krupska B., Szklany człowiek.

Bardzo dawno temu, kiedy góry były jeszcze płaskie jak muchomory, szedł sobie na przełaj przez świat Szklany Człowiek. Szklany Człowiek był bardzo duży, bardzo dobry i bardzo mądry. Był taki duży, że czasami strącał z nieba jakąś gwiazdę i bardzo się wtedy wstydził. Był taki dobry, że każdego kogo spotkał, traktował jednakowo i każdemu patrzył prosto w oczy. A taki był mądry, że wiedział wszystko, ale nigdy nie powiedział: "Ja wiem". Zawsze mówił: "Myślę, że tak jest, chociaż na pewno wiedzieć nie mogę".
Wędrował Szklany Człowiek na przełaj przez świat, a czasami schodził pod ziemię. Chciał zobaczyć, jak tam jest i chciał również porozmawiać z kretami. Uważał, że krety są bardzo mądre. Trzeba być mądrym, żeby zgodzić się na życie w ciemności. Gdy szedł po ziemi i strącał gwiazdy, gdy szedł i cicho rozbrzmiewał przezroczystą muzyką, ludzie rzucali w niego patykami. Albo kamieniami. Rzucali dlatego, że Szklany Człowiek był taki dobry i mądry, i taki szklany.  Ale Szklany Człowiek szedł dalej, tylko czasami strącił gwiazdę i bardzo się tego wstydził.
Ale pewnego dnia, nieszczęsnego, smutnego dnia, ktoś rzucił w niego złym słowem, czarnym i ciężkim. I wtedy stało się nieszczęście. Szklany Człowiek zadźwięczał tak głośno, że gwiazdy się wystraszyły i pochowały w mysich norach, a potem pękł i rozsypał się na miliony, maleńkich okruchów szkła.
Ale poczekajcie. To jeszcze nie koniec bajki. Teraz zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Ludzie nie mieli w kogo rzucać patykami i zaczęli się nudzić. Krety zgłupiały zupełnie, bo nie miały z kim mądrze rozmawiać i zaczęły wychodzić na powierzchnię ziemi, tworząc kretowiska. Tak, tak. Kretowiska pojawiły się na łąkach dopiero wtedy, gdy krety przestały być mądre. A maleńkie okruchy szkła rozsypały się po całym świecie i zaczęły krążyć bezładnie, to tu, to tam. Były zupełnie bezradne i zagubione, bo nie rozumiały,  skąd się wzięły, a już na pewno nie mogły wiedzieć, że są cząstką Szklanego Człowieka. 
Czasami, bardzo rzadko co prawda, takie dwa okruszki przypadkowo się spotykają. Przytulają się wtedy do siebie i jest im bardzo, bardzo dobrze. Ale nie jest im dobrze cały czas. Zapytacie pewnie dlaczego. Dlatego, że najczęściej spotykają się dwa różne okruszki. Na przykład okruszek ramienia i okruszek palca. Wtedy zaczyna się smutek. Bo okruszek palca nie wie nic o istnieniu ramienia, a okruszek ramienia nie wie nic
 o istnieniu palca. I jest im razem dobrze, ale czują, że każdy z nich jest inny i nie raz aż chce im się płakać.
Czasami spotykają się dwa okruszki jednakowe, na przykład okruszki nosa. O, wtedy to już prawie zupełnie dobrze. Są podobne, dobrze się ze sobą czują, więc czegóż więcej potrzeba. Ale tu pojawia się smutek. Okruszki nie wiedzą, że są okruszkami Szklanego Człowieka i to im bardzo przeszkadza. I chociaż są mądre, bo są okruszkami mądrego Szklanego Człowieka, to aż takie mądre nie są. Dlatego zawsze, gdy spotkacie przypadkiem mały, szklany okruszek, powiedzcie mu natychmiast, że jest kawałkiem Szklanego Człowieka. Okruszkowi będzie wtedy lepiej na  świecie i nie będzie mu aż tak smutno. Każdy przecież chce wiedzieć skąd się wziął. 
A już nigdy nie mówcie nikomu nic złego. Nie wiecie przecież, kto z nas jest Szklanym Człowiekiem.


Baaardzo mądra bajka. Bardzo. A Wam, jak się podoba?

Zajęcia z biblioterapii zakończyliśmy tak, że wypisywaliśmy sobie nawzajem na skrawkach "szklanego człowieka" dlaczego ta konkretna osoba mogłaby być szklanym człowiekiem ("Jesteś szklanym człowiekiem, ponieważ..."). Bardzo, bardzo poruszyło mnie to co przeczytałam o sobie. Zwłaszcza słowa Pewnej Istotnej Osoby.

Druga bajka, już zdecydowanie bardziej amatorska, została napisana przeze mnie w minione wakacje. Jako, że jestem autorką tej bajki zastrzegam sobie do niej prawa autorskie (i wszelkie inne), i wiecie co to oznacza, prawda? (aż powiało ACTĄ):D
 


Dedykuję Osobie, która zainspirowała mnie do napisania tego opowiadania


I Skrzat Ironiusz mieszkający w szafie

Pewnego razu w starej szafie zrzędliwej ciotki Anetazji mieszkał skrzat domowy Ironiusz. Nie, to nie jest chyba właściwy wstęp do tej historii, gdyż kojarzy się on wam z pewnością z bajką, a tutaj sprawa jest o wiele bardziej poważna. Zacznijmy więc jeszcze raz…

W starej szafie zrzędliwej ciotki Anetazji mieszkał skrzat domowy Ironiusz. Warto od razu dodać, że domowy nie znaczy udomowiony, a już na pewno nie znaczy „oswojony”. Zresztą, widzieliście kiedyś skrzata domowego? Ja też nie, choć znam takich , którzy utrzymują, że widzieli. Wróćmy jednak do naszego skrzata. Ironiusz był nietypowym, powiedziałabym nawet „niepospolitym’ przedstawicielem swojego gatunku: skrzaty domowe żyją zazwyczaj w gromadach, jednak Ironiusz tak bardzo cenił sobie niezależność, że postanowił mieszkać w szafie zrzędliwej ciotki sam. Zastanawiacie się pewnie czy wobec tego nie czuł się samotny, czy nie odczuwał nudy. W żadnym razie! Ironiusz spędzał długie godziny wyglądając przez dziurkę od klucza i śledząc wraz z ciotką Anetazją losy bohaterów seriali telewizyjnych. A gdy znudziły go już seriale zakładał swoje odświętne kierpcei i udawał się z wizytą do swoich przyjaciół. I tak było również TAMTEGO dnia. Dnia, który zmienił życie nie tylko jednej osoby. A było to tak:


II Skrzat Ironiusz opuszcza szafę

Ironiusz obudził się wyjątkowo wcześnie. Z natury był śpiochem, ale tym razem obudził go hałas jaki urządziła ciotka Anetazja pakując w wielkim pośpiechu walizkę. No tak, zaspała, a tego ranka miała wylecieć na wymarzone wakacje do Rzymu. Gdy Ironiusz kończył jeść śniadanie usłyszał trzaśnięcie drzwi i tyle widziano zrzędliwą ciotkę. Zwykle o tej porze Ironiusz oddawał się swojemu drugiemu (po oglądaniu seriali) hobby, szydełkowaniu. Dziergał on na drutach aż do obiadu, a po obiedzie stawiał ulubiony czerwony fotel przy dziurce od klucza w drzwiach szafy i oglądał seriale z ciotką. Ale ciotka wyjechała, i mimo że skrzat mógł oczywiście wyjść z szafy i włączyć telewizor ciotki nie zrobił tego, bo zakazywał mu tego Kodeks Skrzata (a Ironiusz był bardzo honorowy). Po krótkim rozpatrzeniu wszystkich „za” i „przeciw” (analiza nie była mocną stroną Ironiusza) nasz skrzat zdecydował się wybrać z wizytą do przyjaciółki Sikorki. Założył zatem odświętne kierpce i opuścił szafę rozmyślając o tym jak przyjemnie będzie spotkać dawno niewdzianą przyjaciółkę.


III Skrzat Ironiusz spotyka sardynkę Sarę

Z rozmyślań wyrwał Ironiusza jakiś DŹWIĘK. Zaraz, zaraz, czy to…płacz? Ale kto…?- Ironiusz rozejrzał się po pokoju i jego uwagę przykuł przedmiot, którego wcześniej tu nie zauważył. Ogromne akwarium. Właściwie powinnam napisać AKWARIUM , takie było ogromne. A w nim: mała, zanosząca się od płaczu sardynka. PŁACZĄCA SARDYNKA???
Gdy Ironiusz wreszcie otrząsnął się ze zdziwienia na tyle by zrobić kolejny krok ku drzwiom płacz sardynki nasilił się i skrzat poczuł jakby jego serce zaczęło zamieniać się w topniejący wosk.
- No dobrze już, dobrze, nie płacz maleńka- skrzat przemówił łagodnie do rybki. Reakcja sardynki była natychmiastowa: przerwała łkanie i ocierając łzy spytała nieśmiało:
- Czy ty, czy ty…do mnie mówisz?
- A widzisz tu kogoś jeszcze?- zapytał rzeczowo skrzat.
Sardynka najpierw rozejrzała się wokół a następnie wybuchła jeszcze głośniejszym szlochem.
- No właśnie, właśnie o to chodzi- wydukała przez łzy- jestem samaaa….
-Więc w tym rzecz- odrzekł Ironiusz- Spójrz na mnie- kontynuował- ja też jestem sam („i nie urządzam takich scen” dodał w myślach).
Ni stąd ni zowąd sardynka zapytała:
-Dokąd idziesz?
Skrzat przełknął ślinę nim udzielił odpowiedzi, wiedział bowiem jaka nastąpi po niej reakcja. – Idę do przyjaciela.
O dziwo, sardynka nie rozpłakała się, a wręcz przeciwnie, zupełnie spokojnie rzekła:
- Przepraszam, że przeszkodziłam ci w drodze. Miło było cię poznać…
- Ironiuszu
-…Ironiuszu. Przepraszam, idź już, nie każ przyjacielowi czekać.
Ironiusz drugi raz poczuł, że jego serce zamienia się w wosk.
- A co z tobą? Mogę ci jakoś pomóc?
Sardynka spojrzała znacząco na szybę akwarium i rzekła smutno:
- Widzisz to szkło? To wszystko co mam. Kiedyś było…inaczej.
- Byłaś kiedyś wolna?
- Tak, mieszkałam z rodziną w rzece. Aż pewnego dnia, ktoś po prostu zarzucił sieć i tak oto znalazłam się tutaj.
- Musi być jakiś ratunek dla ciebie. A może bym tak wypuścił cię po prostu do jakieś wody?
- Zrobiłbyś to?
- Oczywiście. Wybacz tą propozycję, ale może wrzucę cię do toalety?
- Wykluczone, co to to nie. Mam klaustrofobię.
- Dobrze. Pomyślmy…Niedaleko stąd jest zatoka. Czy chcesz bym cię wrzucił do morza?
- Tak, tak! Z całego serca. Jest tylko jedna mała rzecz, o której nie chciałabym mówić.
- Dlaczego? Nie ufasz mi?
W tej chwili sardynka Sara poczuła, ze tak naprawdę ten mały skrzat jest jedyną osobą jaką ma, wyjaśniła więc:
- Chodzi o to, ze nawet gdy wypłynę do morza, wciąż będę sama.
- Ależ co ty mówisz- odparł skrzat.- Rodzina, przyjaciele na pewno cię teraz szukają.
- Nie szukają, uwierz mi.
Ironiusz spojrzał w smutne oczy Sary i nie musiał już o nic pytać. Rzekł więc:
- Poznasz nowych przyjaciół.
- A co, jeśli spotkam złe ryby? Może jednak lepiej by było gdybym została tutaj, gdzie jestem bezpieczna.
- Jeśli spotkasz złe ryby to zmienisz morze. Czasami dobrze jest zmienić morze, w którym pływamy.
- I nie można zamykać się w akwarium.
- Dokładnie.
Sara uśmiechnęła się. A myślała, że już nigdy się nie uśmiechnie.
Tego dnia nie tylko Sara dostała ważną lekcję.


Czasami pomoże nam zupełnie przypadkowy człowiek.
Czasami musimy pozwolić się komuś odnaleźć.
No i czasami warto zmienić morze, w którym pływamy;]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz