Niedawno pisałam, że każdego dnia uczę się żyć od nowa. Dziś znów mogę się podpisać pod tymi słowami.
A u mnie dużo się dzieje. Ale po kolei (a przynajmniej spróbujmy po kolei:P).
So....
Mam wrażenie, że wszystko zaczęło się od czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego. Najpierw, w wigilię Zesłania czuwaliśmy w Chorzowie, dwa dni później - w naszej parafii. Obydwie modlitwy zaliczam do kategorii przełomowych, pierwsza była przełomem w kategorii mojego życia wspólnotowego (chodzi oczywiście, o zrobienie kanapek na agapę), druga w kategorii "po prostu przełomów" (z tymi kanapkami oczywiście żartowałam :P - nie z tym, że je zrobiłam, ale z tym, że są przełomem, chociaż na swój sposób też są:P).
/Ez 37, 1-14/
Ogłosiłam zwycięstwo Pana Boga nad wszystkimi trudnymi sprawami mojego życia i...dwa dni później zostałam bez dachu nad głową ;D Oczywiście wyprowadziłam się w trybie nagłym "dobrowolnie". W zasadzie trudno mi powiedzieć, jak to się stało, ale coś we mnie pękło, jakaś czara goryczy się przelała no i opuściłam dom rodzinny, bez żadnej pewności co ze mną będzie....Przez kilka dni błąkałam się po znajomych, nocując niemal codziennie u kogo innego. Oczywiście nie widziałam w tym wtedy Bożego działania, jedyne co do mnie docierało to to, że jestem (chwilowo, ale wciąż) bezdomna. Tak szybko jak przy Zielonych Świątkach odzyskałam poczucie sensu życia, tak jeszcze szybciej je utraciłam. Analizowałam do bólu swoje życie, wszystkie decyzje, szukając punktu w którym popełniłam błąd, który zaprowadził mnie w takie bagno...
Po tygodniu dzięki dobrej woli ludzi-dobrej-woli znalazłam dom u A.:)
Jest mi tu dobrze:) Nie da się nawet porównywać tych dwóch "poziomów" życia...
I teraz już patrzę na moje move out w ten sposób, że Pan Bóg wydobył mnie z grobu do życia:):):)
Poza tym, z tego, co miało miejsce w dniach ostatnich to m. in:
- impreza pracownicza
- koncert "Bądź jak Jezus"
- seeeesssjaaa
Impreza pracownicza - powiem tyle, że było i fajnie, i niefajnie. Fajnie- wiadomo-fajnie było pointegrować się z ekipą. Na takich imprezach też bardzo mocno można poznać ludzi, wychodzi to, na kim możesz polegać. Niefajnie się zrobiło gdy w środku imprezy ktoś (już nie dojdziemy do tego kto i po kiego kija) zaczął DOBRZE-ZNANY-TEMAT pt. "Kościół jest be, i wszyscy księża kradną". Było mi tak bardzo przykro.Miałam wyrzuty, że nie stanęłam do walki, ale naprawdę tego typu dyskusja prowadzona przy kielonku nie doprowadziła by nas do niczego...Usprawiedliwiam się w ten sposób.
Koncert "Bądź jak Jezus" - po raz drugi (pierwszy był na wspomnianym czuwaniu) poczułam się częścią tej Bożej paczki:) Czułam się jak u siebie, i fajnie było spędzić dzień z tymi ludźmi.
Sesja.
:)
Uśmiecham się dlatego, że gdy zostałam "bez domu" chciałam rzucać czymś, kimś, w kogoś a nade wszystko sobą z mostu. I studia też chciałam rzucić, zapowiedziałam nawet, że to zrobię, jeśli nie zdam tej sesji (oczywiście nie był to szantaż w stronę Pana Boga :P). Pomimo całej tułaczki i wielkiej depresji zdałam wszystko, zostaje więc tylko (aż) seminarium do zaliczenia we wrześniu.
Tak więc podsumowując: Ostatnie dni były bardzo intensywne, o czym świadczy chociażby fakt, że dopiero dziś udało mi się wybrać na spacer po nowej okolicy.
Kolejne dni też zapowiadają się intensywnie: Olimpiada Kids-games, Bless Night, półkolonie w Pobudce no i praca w międzyczasie. Trochę się boję, czy dam ze wszystkim i we wszystkim radę...Trzeba wierzyć, że Pan Bóg to ogarnie:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz