W ostatnich dniach wszystko wróciło do normy. Wróciła też bezsenność, a wraz z nią nocne sufit myśli. Tym razem w temacie radości, a właściwie jej braku...Generalnie głupio mi o tym pisać, ale liczę na to, że jak sie wygadam tutaj, to może mi przejdą sufit-myśli albo coś...
Powiedziano mi, że otrzymam DAR RADOŚCI.
I sama to bardzo mocno poczułam. Byłam absolutnie pewna, że tak właśnie się stanie. Że w moim życiu zapanuje radość. I zaraz po tym wszystko w moim życiu zaczęło się walić.Z radością nie mam wiele wspólnego i nie sądzę bym w jakikolwiek sposób posiadała ów dar. Oczywiście, można pod to podciągnąć teorie, że Pan Bóg mnie sprawdza itd. ale przecież On wie, ile jestem w stanie znieść itd. Wie, że część rzeczy w moim życiu jest przegrana, i tu już nie ma nawet o co się szarpać. Można też powiedzieć, że może potrzeba na to więcej czasu. Ale tu z kolei pojawia się pytanie: ile? Bo jak długo można tak żyć? (czym? nadzieją?) I najbardziej mnie gryzie to, że nie potrafię tego pojąć. Że "jak to możliwe, że "miała być radość", a nie ma jej z żadnej strony, a już na pewno nie ma jej we mnie". Przecież nie powinnam czuć się oszukana, bo "błąd" zapewne tkwi gdzieś we mnie.
No nie pojmuję tego jak nic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz