Pobudka: 3:30. Tylko raz i nigdy więcej.
4:00- wyjście z domu, 4:30- tramwaj. Na dobry początek tramwaj utknął korku (jak to się stało, że o 5 rano zrobił się "korek tramwajowy"???). Dzięki Bogu dotarłam na czas na pociąg i mogłyśmy wyruszyć w podróż do wielkiego miasta.
Początek podróży niczego sobie, zaserwowali nam nawet darmową kawę (nie ma to jak pociąg dla VIPów:D). Niestety sielanka nie trwała długo w "pewnym momencie" usłyszałyśmy komunikat, że LOKOMOTYWA SIĘ ZEPSUŁA. NAPRAWA POTRWA OKOŁO GODZINY. Troskliwa pani konduktorka powiedziała, że na drugich torach będzie nas wymijał drugi pociąg do Warszawy ("który już rusza, więc jeśli chcecie się przesiąść to zróbcie to szybko"). "Chciałyśmy się przesiąść", wysiadam już z pociągu a tu...dookoła łyse pola (kamieniste) i dwumetrowa przepaść pod nami. Skacząc w tę przepaść czułam się jak dziewczyna Bonda (tyle, że bez Bonda). Dobiegłyśmy do pociągu, którym dotarłyśmy na dworzec Wa-wa Centralna. Pierwsze wrażenie: "jakie tu wszystko jest duże". Nie było czasu na rozglądanie się, trzeba było szybko znaleźć metro. Biegniemy więc do metra, biegniemy, biegniemy a tu...barierki. Wszyscy ludzie przechodzą przeciągając przez czytnik przy barierkach jakieś magiczne karty bądź bilety, a my utknęłyśmy. Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała "pomimo wszystko po prostu przejść". Podeszłam do barierek, przyłożyłam nawet torbę do "czytnika na torby", ale Sezam się nie otworzył. W tym miejscu muszę pozdrowić Kasię, która do teraz pewnie płacze ze śmiechu na to wspomnienie:D Musiałam się poddać, kupiłyśmy magiczne bilety otwierające barierki, podjechałyśmy kilka przystanków metrem, kolejne kilka autobusem, później jeszcze tylko obeszłyśmy wszystkie wydziały Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (w końcu trzeba było pozwiedzać, no nie Kasiu?) i już byłyśmy na miejscu (tzn w Auli Kryształowej SGGW). Siedem i pół godzin szkolenia i powrót: autobus- barierki- metro-barierki-pociąg-tramwaj-łóżko. A co do szkolenia: muszę wspomnieć, że jako jedyne byłyśmy ubrane "oficjalnie"(koleżanka siedząca obok nas miała na sobie spodnie z piżamy,a przynajmniej coś co na to wyglądało). Śląsk może być dumny ze swych reprezentantek :D Wróciłam o 1 w nocy, padnięta, zamarznięta (wyższy stopień od pojęcia zmarznięta) i zakatarzona.
ahahahaa:) masz rację Sandra, Kasia wciąż umiera ze śmiechu:)
OdpowiedzUsuńa jeszcze chciałabym Ci przypomnieć o naszych towarzyszach podróży pociągowej.. ten w powrotną stronę, to nas chyba zwyklinał na wszelkie strony:D ale i tak był ok, gdyby tylko nie właczył sobie światła do spania... :)
a i zbierzmy jeszcze do kupy resztę śmiechów:)
tj, np wspaniałe poleganie na mojej znajomości dworca centralnego, a skąd to?... z seriali:),
co więcej, dezorientacja na przystanku na którym miałyśmy wsiąść, ale chciałyśmy poleźć za strzałką:D ... boże chyba wprost na tory po śmierć dość marną...
już nie wspomnę o panice, kiedy to kazali włączyć te niby to małe,a groźnie wyglądające urządzonka i podążać za instrukcjami pana Piotra bodajże;)
oooo, co do zwiedzania.. no to tak.. to nam Sandra wyszło jak nic:D jaaaa cie, ale wspomnij, takich zabytków to ja jeszcze nie widziałam, nawet szlaban widziałyśmy:)... i ta dziewczyna co by nas prosto do Katowic wyprowadziła:D no nieeee:)
no tak... ale Sandra nie ma co... grunt że godnie reprezentowałyśmy społeczność śląską:D
ja na prawdę liczyłam te osoby w marynarkach i Ty wiesz... była tam jeszcze jedna, taka w miniówie i czarnej marynarce.. i widać było, że tez się z tym średnio czuła:D
Sanndraaaa, dzięki za super wyjazd, a i za wspaniałe wspominki, które na lata wiązać się będą z tą przygoda w stolicy:)